var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Marcin Bulanda / PressFocus

Cała: Czekając na normalność [KOMENTARZ]

Autor: Andrzej Cała
2021-01-09 11:31:36

Raptem dwa tysiące widzów, którzy z trybun dopingowali swoje kluby na meczach Premier League, robiło milion razy lepszą atmosferę niż najlepiej zrealizowane dodatki w stylu podkładanego dopingu albo graficznej imitacji wypełnionych trybun.

Składając kilka tygodni temu życzenia świąteczne, w przypadku kilku znajomych zdarzyło mi się użyć sformułowania: no i do zobaczenia jak najszybciej na stadionie! Jak najszybszego powrotu na trybuny życzyłem też społeczności twitterowej, z którą o najpiękniejszej dyscyplinie sportu rozmawiam codziennie. Bo też, Bogiem a prawdą, możliwość wybrania się na mecz w roli kibica to jedna z tych czynności, której brakuje najmocniej.

Dacie wiarę, że lada moment upłynie rok od pierwszego meczu, który odwołano z powodu COVID-19? Chyba nikt nie spodziewał się wtedy, że ten niezwykle smutny jubileusz przyjdzie zapewne “świętować” oglądając spotkanie rozgrywane przy pustych trybunach, bo wizja powrotu kibiców wciąż odsuwa się w czasie, zamiast przybliżać.

Z jednej strony wiadomym jest, iż do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Okazało się, że da się rozegrać większość ligowych rozgrywek do końca, da się wyłonić triumfatora Ligi Mistrzów, rozegrać mecz o Superpuchar Europy przy blisko szesnastotysięcznej publiczności, zorganizować niemal bez żadnych przeszkód jesienny maraton reprezentacyjny. Ku niemałemu zaskoczeniu wielu (w tym niżej podpisanego), runda jesienna na naszych ligowych boiskach przeszła bez większego zamieszania. Za to, raz jeszcze, ogromne brawa dla organizatorów rozgrywek i wszystkich, którzy do tego sukcesu się przyczynili. 

Tak, to że przy sporym paraliżu świata w 2020 r., piłka nożna jakoś się wybroniła, to sukces ogromny. No ale ile można tak przez szybę, na dystans, bez emocji, jakie daje przeżywanie czegoś na własnej skórze?!

W grudniu na Wyspach widzowie wrócili. W liczbie śladowej. Raptem dwa tysiące widzów, którzy z trybun dopingowali swoje kluby na meczach Premier League, robiło jednak milion razy lepszą atmosferę niż najlepiej zrealizowane dodatki w stylu podkładanego dopingu albo graficznej imitacji wypełnionych trybun. Dawało to jakiś naturalny optymizm, złudzenie normalności, namiastkę powrotu do niej. 

Tym, co w życiu jest jedną z absolutnie najgorszych rzeczy, jest bezradność. O ile kibice nie mają wpływu na to, co dzieje się w klubowych gabinetach, kto dołącza do drużyny, kto z niego odchodzi (choć zdarzały się przypadki, gdy jednak mieli), jak ich pupile wykonają rzut wolny, to jakoś inaczej się do tego wszystkiego podchodziło, mając możliwość bezpośredniego uczestniczenia. 

Czasem futbol był w tym wszystkim zresztą tylko jednym z elementów rytuału, jakim jest zawsze wybranie się na stadion, spotkanie ze znajomymi z trybun, piwko przed meczem czy wspólny powrót autobusem albo autokarem, w gronie kilkudziesięciu znajomych, z którymi wybrałeś się w kilkusetkilometrową podróż, by przez 90 minut dopingować swój klub. 

Smutno bez tego wszystkiego. Smutno jak cholera.

Przyzwyczailiśmy się do najważniejszych ligowych szlagierów rozgrywanych w atmosferze sparingów, ale to nie znaczy, że da się z nich czerpać pełną przyjemność. Ja przynajmniej nie umiem. I przyznaję, iż coraz mocniej jestem rozdarty pomiędzy oczekiwaniami związanymi z przeżywaniem futbolu, a rzeczywistością.

Mam wrażenie, że czekając na normalność jesteśmy zdani na takie sinusoidy nastroju. I tylko myśl, iż pewnego dnia znowu dane nam będzie czekać kilkadziesiąt minut na wejście na stadion albo po wygazowaną colę na trybunach, pozwala w tym wszystkim tej zajawki stopniowo nie wytracać. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się