var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Lukasz Laskowski / PressFocus

Przywiązany jak dyrektor sportowy. A co, jeśli Michael Cox miał rację?

Autor: Mariusz Bielski
2021-01-14 12:20:23

Chyba nie ma w piłce nożnej bardziej specyficznej roboty niż ta dyrektora sportowego. Lubimy rozliczać ich za transfery, nie szczędzimy krytyki za to jak wydają pieniądze, aczkolwiek rzadko zwracamy uwagę na jedną kwestię – jak bardzo udana czy nieudana praca takiego działacza zależy nie tylko od jego umiejętności, a po prostu od miejsca, w którym robotę wykonuje.

O co chodzi dokładnie? Michał Trela wrzucił dziś na twittera przemyślenia brytyjskiego dziennikarza piłkarskiego, który taką oto myślą podzielił się w swym artykule dla magazynu „The Athletic”.

„Działy skautingu wyglądają tak dobrze, jak dobrze ich transfery wykorzysta trener danego klubu. Często transfery dobrych zawodników są oceniane źle, bo drużyna jest w chaosie, a trener nie potrafi wkomponować do niej nowych piłkarzy. I w drugą stronę - przy Juergenie Kloppie, czy to w Dortmundzie, czy w Liverpoolu, niemal każdy transfer wygląda znakomicie. Dzieli się też ciekawą obserwacją, że rzadko się zdarza, by dyrektor sportowy, nawet ten najbardziej chwalony, odniósł sukces w dwóch różnych klubach. Steve Walsh, wynoszony pod niebiosa za sukces Leicester City, nie poradził sobie w Evertonie. Monchi, czyli geniusz z Sewilli, poniósł sromotną klęskę w Romie. Sven Mislintat, współtwórca potęgi Borussii Dortmund, szybko został wyrzucony z Arsenalu. Pobyt w Schalke Christiana Heidela, który dokonywał cudów w Moguncji, zakończył się totalną katastrofą. Dyrektorzy sportowi, szefowie skautingu i całe działy sportowe, których ocena pracy jest bardzo mocno uzależniona od postawy trenera.”

Rzeczywiście to dość wyjątkowa sprawa, że ci najlepsi zupełnie nie potrafią odnaleźć się w innych miejscach niż ich „rodzime”. My w Polsce też często narzekamy na dyrektorów sportowych – pod tym kątem, że ich kwalifikacje ograniczają się do faktu, iż kiedyś byli piłkarzami i nie mieli pomysłu co zrobić ze swoim życiem po zawieszeniu butów na kołku. Przesada czy nie – rzeczywiście takich pełnokrwistych dyrektorów sportowych, których częściech chwalimy niż ganimy jest tylu co kot napłakał.

I, być może, tu właśnie trzeba wrócić do słów Coxa o przywiązaniu...

Zastanówmy się – przecież właśnie często bywało tak, że ten sam gość, który w klubie X nieźle radził sobie jako ten głównie odpowiedzialny za transfery, w miejscu Y okazywał się totalnym niewypałem.

Pierwszy na myśl przychodzi Michał Żewłakow, który w Legii oczywiście też czasem nie trafiał, jednak ogólnie jego robotę dało się ocenić pozytywnie. Pracował przy Łazienkowskiej za czasów Bogusława Leśnodorskiego i oczywiście w realizowaniu zadań na pewno pomagało mu bardziej frywolne/odważne (niepotrzebne skreślić) podejście prezesa do wydawania forsy, ale też nie palił jej w piecu. W Zagłębiu Lubin zaś – dramat okraszony ściągnięciem takich graczy jak Sirk, Suljić, Tajti czy Sirotow. Okej, trafił w 10 z Boharem i Żivcem, ogólnie jednak jego kadencję ocenia się mocno na minus. Sam Żewłakow opowiadał w wywiadach, że nie do końca potrafi się odnaleźć u Miedziowych, ze względu na specyfikę pracy. Diametralnie różniła się od działania w Legii tym, że Zagłębie należy do KGHM i poświęca się tam mnóstwo uwagi sprawom biurokratycznym. Trudno jednak zmierzyć na ile to wymówka, a na ile sensowne usprawiedliwienie. Teraz Żewłakow będzie dyrektorował w Motorze Lublin z II ligi i też jesteśmy ciekawi jak odnajdzie się na tym dużo niższym poziomie w surowszych okolicznościach.

Drugie skojarzenie – Łukasz Masłowski. On oczywiście również trafiał za 2 punkty, nie ładował samych 10 jak Furman, Merebaszwili czy Szymański, niemniej jednak od czasu jego odejścia Wisła Płock notuje stały, powolny regres. Także od jego kadencji Nafciarze nie mieli żadnego udanego okienka transferowego. Przypadek? No a to, co zrobił Marek Jóźwiak… Szkoda gadać. Ciekawie zapowiadała się zatem jego współpraca z Widzewem, gdzie jednak nie pozwolono mu rozwinąć skrzydeł, bo znalazł się na wylocie po 2 miesiącach przez fanaberię pani prezes. Wcześniej zdążył zatrudnić Jacka Paszulewicza w roli trenera RTS-u, co okazało się kompletną klapą, ponieważ ten przegrał walkę o awans do I ligi.

A pamięacie jeszcze Piotra Burlikowskiego, który niespodziewanie zamienił Cracovię na Zagłębie Lubin? Tu odwrotnie, w pierwszym z wymienionych klubów poradził sobie kiepsko, by w następnej pracy zakowticzyć na 3 lata. Przyszedł tuż po spadku Miedziowych do I ligi i to za jego kadencji wywalczono awans, a potem zajęto 3. miejsce w Ekstraklasie w sezonie 2015/16. Natomiast w Cracovii… No lipa. Rakels, Pilarz czy Dąbrowski – dobre transfery, ale reszta (9) wątpliwa. Wśród Pasów Burlikowski nie wytrzymał nawet rok.

Inna sprawa, że na polskim rynku wielu dyrektorów jeszcze nie zostało w ten sposób zweryfikowanych. Niemniej gdy przelatujemy sobie po nazwiskach trudno nam wyobrazić sobie, aby poszczególnie działacze potrafili równie efektywnie pracować w innych miejscach. Wyobrażacie sobie Krzysztofa Przytułę poza ŁKS-em? Trudna sprawa, tam akurat swój na swego (Salskiego) trafił pod kątem tego jakiego futbolu uczą w Łodzi. W Ekstraklasie nie widzimy drugiego równie odważnego klubu względem kurczowego trzymania się pewnej filozofii futbolu pomimo wyniku.

Ciekawie mogłoby być, gdyby Artur Płatek spróbował swych sił poza Zabrzem. On z jednej strony na pewno wiedzę i bazę nazwisk ma gigantyczną, skoro skautował dla Borussii Dortmud. Z drugiej – w Górniku ma niemal pełnię władzy (no, z 90% po dogadaniu się z Broszem) względem transferów i realizacji swojej wizji. Gdy mówi, że trzeba się ratować doswiadczonymi zagranicznymi zawodnikami, to takich sprowadza i to działa. Kiedy kolejny raz rusza wyrwać kogoś z Grecji, to przychodzi sensowny Giakoumakis czy Vasilantanopoulos, a nie następny Manias. Ale czy tak samo trafiałby w zespole o zupełnie innych potrzebach? Na przykład gdzieś, gdzie chciano by działać bardziej długofalowo niż doraźnie? Trudna sprawa.

W podobnym tonie – choć zwracająć uwagę na nieco inne aspekty – dałoby się też napisać o Wilku z Piasta, Sztylce ze Śląska, Ubychu z Miedzi, Stupce z Termaliki (do niedawna) i pewnie jeszcze o paru mniej znanych działaczach. Jesteśmy też cholernie ciekawi jak w roli dyrektora sportowego niebawem poradzi sobie Lubomir Guldan.

Inna sprawa, że to dowód na całkiem niepokojącą rzecz – w Polsce w zasadzie nie istnieje coś takiego jak rynek dyrektorów sportowych. Zatrudnienie kogoś z doświadczeniem graniczy z cudem, wszak na to stanowisko trafiają osoby, które wcześniej pełniły w klubie inne role, albo po prostu początkujący działacze związani jakkolwiek z danym miejscem. Trudno o bardziej dobitne poświadczenie faktu jak prowizoryczny wciąż postaje nasz rodzimy futbol. Sytuacja dyrektorów sportowych jest tego przyczyną jak i skutkiem zarazem.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się