var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Piotr Matusewicz / PressFocus

Trenerska walka o życie w Poznaniu. Kto komu zafunduje wakacje?

Autor: Maciej Golec
2021-02-21 14:50:13

Obaj pracują w klubie dosyć długo – prawie dwa lata albo nieco ponad. Obaj zrobili w ubiegłym sezonie dobry wynik, a teraz obaj siedzą na gorącym krzesełku. Jedyna rzecz, która diametralnie ich różni to pozycja w tabeli, ale to akurat nie ma żadnego znaczenia. Bo gdybyśmy mieli – w celach rekreacyjnych – wybierać między oglądaniem meczu Śląska i Lecha, pewnie wyłączylibyśmy telewizor.

Nie mielibyśmy serca polecać komukolwiek tego typu wątpliwej rozrywki, bo jeszcze byśmy przypadkiem przyjaciół stracili! Ale dzisiaj wyjątkowo będzie czemu się przyglądać. Nawet nie chodzi nam o jakość piłkarską, ciekawi jesteśmy samego podejścia piłkarzy, bo może się okazać, że akurat po bezpośrednim starciu któryś z trenerów straci pracę. A – nieironicznie – wyobrażamy sobie scenariusz, w którym po bezpłciowym i szarym 0:0 obaj trenerzy mówią „do widzenia”. Oczywiście, nie życzymy ani sobie, ani wam takiej katorgi, ale patrząc wstecz wykluczyć jej nie możemy. Tak samo jak skumulowania negatywnych emocji wobec szkoleniowców, którzy już od dobrych kilku spotkań znajdują się na cenzurowanym.

Trudno powiedzieć, kto – Dariusz Żuraw czy Vitezslav Laviczka – znajduje się obecnie w gorszej pozycji. Powierzchownie patrząc, wskazalibyśmy trenera Lecha, wszak w sześciu ostatnich meczach ligowych zgromadził dwa punkty, bilans bramkowy ma taki, jakiego można by się spodziewać co najwyżej po Podbeskidziu (2:8), a w tabeli bliżej mu do ostatniego miejsca niż czołowej ósemki. Jednak gdy weźmiemy pod uwagę inne okoliczności, Czech staje się naszym faworytem.

Nawet nie wiemy, który mecz Śląska w 2021 roku uznać za najgorszy, bo każdy miał w sobie sporo z żenady i piłkarskiej bezradności. Wrocławianie nie mają stylu, mimo że są na szóstym miejscu w tabeli, nie oglądamy ich z przyjemnością. I to jest jeden z powodów, dla których prezes Piotr Waśniewski kontaktował się ostatnio z Maciejem Stolarczykiem.

- Zmiana trenera jest możliwa tak samo jak w każdym innym klubie, to jest tak naturalna kwestia, że aż trudno ją szerzej uzasadniać. Śląsk nie jest obecnie drużyną, która ma świetne statystyki i na dodatek swoją grą urzeka kibiców. Dlatego jasne jest, że klub musi być przygotowany na każdy scenariusz, nawet ten najbardziej drastyczny – stwierdził w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” prezes Śląska.

Jedną kwestią jest rozmowa z innym trenerem, a czymś zupełnie innym mówienie o tym w mediach. Oczywiście, niczym dziwnym nie jest wertowanie rynku – każdy poważny klub powinien być krok przed ewentualnym kryzysem. Ale w tej sytuacji, w takim momencie trudno nam odebrać te słowa inaczej niż w kategoriach sygnału typu: „Lepiej się postaraj, bo mamy już kilku innych na twoje miejsce”. Publiczne wywieranie presji może zadziałać różnie, tym bardziej, że sam trener może to odebrać jako brak zaufania. I my byśmy wcale mu się nie dziwili.

Poza Stolarczykiem krążą również nazwiska Macieja Skorży i Ireneusza Mamrota. Dlatego też mamy wrażenie, że zwolnienie Laviczki – nie patrząc już nawet na dzisiejszy mecz z Lechem – jest tylko kwestią czasu, a dzisiejsza porażka tę decyzję by tylko przyspieszyła. Zresztą, patrząc w kalendarz Śląska można podrapać w głowę. Po Lechu kolejno nadejdą mecze:

- z Pogonią (wicelider)

- z Legią (lider)

Żeby Laviczka przetrwał na stanowisku przez najbliższe tygodnie, Śląsk musiałby przejść niewyobrażalną przemianę, w którą – bądźmy poważni – wierzą tylko skrajni optymiści. Realiści z kolei zadają sobie pytanie nie „Czy?”, a „Kiedy?”.

Sytuacja Dariusza Żurawia jest o tyle lepsza, że nikt publicznie nie przystawia mu pistoletu do skroni. On sam jest świadomy, że jego przygoda może się niedługo zakończyć, czego sygnał zauważyliśmy po porażce z Wisłą Płock, kiedy już nie było żadnego tłumaczenia, tylko ostra (samo)krytyka i przyznanie się do odstawienia „chałtury”. 

Jednak na konferencji przed meczem ze Śląskiem wrócił stary, dobry Dariusz Żuraw.

- Znajdujemy się w takiej sytuacji, że głosy o mojej dymisji nie mogą dziwić. Nie jestem jednak gorszym trenerem niż kilka miesięcy temu, gdy ci sami ludzie, którzy dziś krytykują, chwalili nas po dobrej grze i awansie do europejskich pucharów. Pracujemy, by wyjść z kłopotów i prędzej czy później się to stanie – powiedział trener Lecha.

Prędzej czy później wyjdziemy z kłopotów – takie słowa brzmiały w miarę wiarygodnie za pierwszym bądź drugim razem, ale nie za dziesiątym. Jeśli samochód źle jeździ, to może problem nie tkwi w silniku, a w tym, kto go prowadzi? Według informacji sport.tvp.pl w najbliższej przyszłości nie ma co się spodziewać komunikatu o zwolnieniu Żurawia, ale do takich zapewnień podchodzimy z bardzo dużą rezerwą. Tym bardziej, że za dwa tygodnie sytuacja „Kolejorza” może wyglądać katastrofalnie.

Nad ostatnią Stalą Mielec, która ma jeszcze do rozegrania zaległy mecz z Wisłą Płock, Lech ma tylko 4 punkty przewagi. Nie wygrał pięciu ostatnich spotkań, a w perspektywie dwutygodniowej ma pojedynki z będącą w gazie Wartą Poznań i wiceliderującą Pogonią, od której ostatnio poznaniacy dostali wciry 0:4. Przez wzgląd psychologiczny, nawet ważniejsze będzie spotkanie derbowe – Warta jest w tabeli przed Lechem pierwszy raz od 27 lat i co tu dużo mówić – dla „Kolejorza” jest to ujma, dodatkowy policzek. Reasumując, bardzo się zdziwimy, jeśli za kilka tygodni Dariusz Żuraw dalej będzie trenerem Lecha, jeśli dzisiaj nie dojdzie do poważnego, jakościowego wstrząsu.

A czy dojdzie do niego po którejkolwiek ze stron? Nie postawilibyśmy na taki wariant złamanego grosza. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się