var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Sebastian Mila: Kibice wytrzymali napięcie, szacunek dla nich

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-11-24 17:50:46

Sebastian Mila jest w tym sezonie prawdziwym liderem Śląska Wrocław. Nawet, gdy drużyna przegrywała, do niego mało kto zgłaszał pretensje. W rozmowie z 2x45.com.pl 28-letni pomocnik opowiada m.in. jak radził sobie w najtrudniejszych chwilach oraz jak dziś wygląda sprawa jego relacji z kibicami Śląska. Pod koniec poprzednich rozgrywek obie strony mocno sobie podpadły.

2x45.com.pl: - Odkąd Śląsk prowadzi Orest Lenczyk, drużyna zawsze punktuje. Czary jakieś?
Sebastian Mila:
 - Akurat tak wyszło, że trafiliśmy na dobry moment. Wyszedł nam jeden, drugi mecz. Po kilku remisach udało się wygrać i wróciła wiara we własne umiejętności. Przed sezonem wiedzieliśmy, że mamy dobry zespół, ale później pewność siebie gdzieś zniknęła. 

 - Sam trener Lenczyk przyznaje z rozbrajającą szczerością, że nie wie, skąd nagle taka odmiana. Pan ma jakąś teorię?
 - Nawiążę do mojej poprzedniej wypowiedzi. Przed rozpoczęciem rozgrywek doskonale wiedzieliśmy, na co nas stać. W trakcie przygotowań mogliśmy się o tym przekonać, w sparingach wszystko prawidłowo funkcjonowało. Z tego powodu naprawdę nie mogliśmy się doczekać ligi. Początek był dobry, bo zremisowaliśmy z Jagiellonią i pokonaliśmy Cracovię. To dawało powody do optymizmu, ale później przyszło pasmo porażek. Zasłużonych czy niezasłużonych - dziś nikt już o tym nie pamięta. Nie zawsze byliśmy gorsi. Zła seria trwała i dlatego sytuacja w pewnym momencie stała się niewesoła.

 - Wychodzi, że Orest Lenczyk to mistrz i cudotwórca, a Ryszard Tarasiewicz wręcz przeciwnie...
 - Nie, to na pewno nie tak. Uważam, że to, co się teraz dzieje jest w połowie zasługą każdego z tych trenerów. To Tarasiewicz budował zespół, to z nim dobrze przygotowaliśmy się do sezonu. Nie można też jednak odmówić Lenczykowi, że gdzieś tam nas natchnął dzięki swoim metodom. Jak widać, poskutkowały.

 - Zgodzi się Pan jednak, że to zupełnie dwie różne szkoły prowadzenia drużyny?
 - Tak, zdecydowanie. To kompletnie różne style, dwie całkowicie odmienne koncepcje.

 - Trener Lenczyk sprawia wrażenie człowieka dość chłodnego w kontaktach, trzymającego ludzi na dystans. Do piłkarzy też ma takie podejście?
 - Sądzę, że jeśli chodzi o zawodników mimo wszystko jest w stosunku do nich bardziej otwarty niż na przykład do dziennikarzy.

 - Nie milkną echa sytuacji z 90. minuty meczu z Ruchem i dodatkowej piłki na boisku. Wciąż się o tym mówi.
 - I pewnie jeszcze trochę będzie się mówiło, ale prawdopodobnie tylko do piątku, do następnej kolejki. Tak to funkcjonuje na całym świecie. Przez tydzień komentuje się wydarzenia z minionego weekendu, aż nadejdzie następny. Nie będę teraz za dużo mówił, bo gdy każdy tak gada, czuję się jakbym nie zagrał tego meczu, jakbym przez 90 minut nie walczył na boisku. Ruch mógł nas przecież pogonić 5:0 i wtedy, gdyby ta piłka wleciała na murawę, nic by się nie stało. 

 - Pan nic nie widział? Są różne teorie. Jedna mówi, że to wybryk Vuka Sotirovicia, inna, że piłka przeszła przez płot...
 - Biorąc udział w meczu nie miałem możliwości tego zobaczyć, ponieważ działo się to poza boiskiem... 

 - Jeśli chodzi o Pana. Wydaje się, że to najlepszy sezon Sebastiana Mili od dłuższego czasu. Akurat do Pana nie zgłaszano większych pretensji nawet po przegranych meczach, teraz już głównie się Pana chwali.
 -  Powiem szczerze, że gdyby początek sezonu był nieco bardziej udany dla klubu, ocena mojej osoby mogłaby być naprawdę korzystna. Najważniejsze, że odblokowaliśmy się jako zespół. Jestem częścią tego zespołu i nie ukrywam, że bardzo dobrze mi się gra. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych meczów. Jeśli u piłkarza występują takie odczucia, to znaczy, że czuje się pewnie i jest prawidłowo przygotowany do rozgrywek. 

 - Są asysty, są pozytywne recenzje. Do pełni szczęścia chyba brakuje jeszcze gola?
 - Pełna racja. Czekam na tę bramkę, aczkolwiek rozmawiałem już w tej kwestii z paroma osobami i pomyślałem sobie, że może lepiej, żebym nic nie strzelał, a drużyna wygrywała. Gdybym trafił do siatki, a Śląsk nie zdobyłby trzech punktów, nie mógłbym sobie tego wybaczyć. Jako człowiek - już trochę starszy i doświadczony, nie jako zawodnik - zdążyłem zauważyć, że kiedy jest zwycięstwo, to wstając z łóżka następnego dnia po prostu czuję się dużo lepiej niż kiedy strzelam gola, a niekoniecznie przekłada się to na wynik. Tak więc osobiste statystyki na bok, liczy się dobro zespołu.

 - No właśnie. Śląsk teraz wygrywa i wszyscy są tutaj w znakomitych humorach, ale one musiały być inne po porażkach. Jak Pan sobie wtedy radził z nie mieszaniem życia zawodowego do życia prywatnego?
 - Nie ukrywam, że łatwo nie było. Nie są to przyjemne momenty dla profesjonalnego piłkarza. Czasami nerwy i złe emocje tkwiły w człowieku, dawały znać o sobie przez dłuższy czas. Ale dzięki mojej rodzinie, temu, że jest ona tak duża i wszyscy przeżywają wyniki Śląska, udawało się uciekać od zawodowych problemów. Mamy córeczkę i psa, z którym wychodziliśmy całą rodziną na spacer i próbowaliśmy odcinać się od tego wszystkiego. I powiem szczerze, że jeśli komukolwiek mógłbym zawdzięczać przetrzymanie najtrudniejszych chwil, to tylko i wyłącznie moim najbliższym. Potrafili rozgraniczyć u mnie sferę piłkarską od pozostałych aspektów życia. A co do kibicowania Śląskowi. Wszyscy w rodzinie trzymają za nas kciuki. Nie tylko w domu, ale również moi rodzice i rodzice mojej narzeczonej. 

 - Wracając do Śląska. Wiadomo, że ambicje klubu wykraczają poza walkę o utrzymanie. Obecnie tracicie tylko pięć punktów do podium, jeszcze można o nie powalczyć.
 - Aspiracje klubu są bardzo duże. Jesteśmy tego świadomi. W tym momencie jednak o europejskich pucharach myśli tak naprawdę co najmniej dziesięć drużyn, czyli ponad połowa ligi. To ogromna liczba. Patrząc od góry -  Jagiellonia wiadomo. Górnik Zabrze ma tyle punktów, że też chętnie powalczyłby o pierwszą trójkę. Korona, Legia, Wisła, Lechia, Bełchatów, Polonia Warszawa, Lech, który ciągle jest za nami, a plany ma jeszcze większe od naszych. W Polsce chyba powoli musimy się przyzwyczajać, że prawie każdy prezes czy sponsor będzie chciał znaleźć się na pudle. To zrozumiałe, ale trzeba pamiętać, że ze sportem nie jest jak z komputerem: nie można go zaprogramować. Wielu inwestujących w futbol już doskonale o tym wie. Sukces firmy, ilość zainwestowanych pieniędzy, nie zawsze przekładają się na sukces zespołu. Każdy ze wspomnianych dziesięciu klubów ma więc ciężki orzech do zgryzienia. My jesteśmy tylko jednym z nich. 

 - Jagiellonia ma już pięć punktów przewagi nad resztą. Stać ją na to, by utrzymać pierwsze miejsce do samego końca?
 - Jagiellonii w obecnym sezonie nie przydarzyła się jeszcze zła passa. Jeżeli uda jej się uniknąć wpadnięcia w spiralę porażek po jednym niepowodzeniu, jestem przekonany o mistrzostwie Polski dla tej ekipy. Jakaś zadyszka jest jednak bardzo możliwa, a wtedy cała grupa pościgowa będzie chciała wykorzystać okazję. Na dziś "Jaga" zasługuje na wiele pochwał. Jest niezwykle solidną drużyną, odpowiednio przygotowaną do walki. Trener Michał Probierz wykonuje w Białymstoku znakomitą robotę. 

 - Ewentualny kryzys Jagiellonii może się rozpocząć od Śląska. W tym roku oba kluby zdąża się zmierzyć po raz drugi...
 - Miejmy nadzieję, że "Jaga" dostanie od nas prezent świąteczny w postaci zera punktów (śmiech). 

 - Jeszcze w poprzednim sezonie, po meczu z Arką, powiedział Pan odnośnie gwizdów i wyzwisk ze strony kibiców przy stanie 0:1 [ostatecznie Śląsk wygrał 2:1, przyp. red.], że gdyby znów otrzymał lukratywne oferty z zagranicy, znacznie bardziej by się nad nimi zastanowił niż minionej zimy. Deklaracja aktualna?
 - To było powiedziane pod wpływem emocji i chyba pod wpływem emocji tak a nie inaczej zareagowali fani Śląska. Zawsze byłem szczery wobec kibiców. Wyjaśniliśmy sobie później całe zajście. Powiedziałem, co mnie raziło, oni wylali swoje żale. Mam nadzieję, że sprawa została wtedy załatwiona i obie strony zrozumiały dokładnie, na czym polega nasza współpraca. 

 - Czyli później już nie było żadnych problemów z sympatykami klubu?
- Po tamtym zajściu nie mogę niczego kibicom zarzucić. Wspierali nas zawsze w ostatnich miesiącach, nawet po pięciu porażkach z rzędu. Wytrzymali napięcie i za to szacunek dla nich. Oby wytrzymali do końca i nie powiedzieli sobie pewnego razu, że już za dużo tego dobrego. Zawodnik, który czuje wsparcie z trybun, zawsze będzie chciał grać dla drużyny jak najlepiej i zostawi płuca na boisku. Za każdym razem staramy się pokazać fanom taką postawę i wierzę, że oni to widzą. Ale mówię, to jest sport, pewnych rzeczy nie można przewidzieć. Nie ustalimy sobie, że w tym meczu strzelamy trzy gole, a w innym tylko jednego, bo wystarczy. Wychodzisz na boisku i wszystko zależy od dyspozycji dnia, szczęścia i nie wiadomo, czego jeszcze. Kibic odgrywa najgorszą rolę, bo musi uzbroić się w największą cierpliwość. Wiadomo - piłkarze przychodzą i odchodzą, ale niech też ludzie wiedzą, że piłkarze odchodząc często nie mają z czego spłacać kredytów i utrzymać swoich rodzin. Warto o tym pamiętać.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się