var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Filip Burkhardt: Przykro patrzeć, jak niektórzy niszczą swoje kariery

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-11-26 01:56:58

Filip Burkhardt w Ekstraklasie zadebiutował w wieku zaledwie 17 lat. Wielu przepowiadało, że czeka go świetlana przyszłość, ale kreatywny pomocnik w którymś momencie się zagubił i odnalazł dopiero w Arce Gdynia, choć akurat teraz leczy kontuzję. W rozmowie z 2x45.com.pl nie ukrywa, że jako junior popełnił kilka błędów w prowadzeniu się, co niestety ogólnie jest problemem młodych polskich piłkarzy. On zdążył wrócić na właściwe tory.

2x45.com.pl: - Szczęście jakoś Panu nie sprzyja. Gdy już przebił się Pan do pierwszego składu Arki, to w meczu z Koroną doznał poważnego urazu...
Filip Burkhardt: 
- Szkoda, że coś takiego mi się przydarzyło, bo forma powoli wracała i czułem się coraz lepiej. Takie jest jednak życie piłkarza, specyfika tego zawodu. Ryzyko jest w nim wkalkulowane.

 - Miał Pan wcześniej uraz wymagający dłuższego leczenia, czy to stało się po raz pierwszy?
 - Wcześniej nie miałem i mam nadzieję, że ten będzie pierwszy i zarazem ostatni.

 - Do rundy wiosennej będzie się już Pan normalnie przygotowywał?
 - Tak. We wtorek zdejmą mi szwy, a przed świętami zostanie wyjęta śruba z nogi. Od stycznia rozpoczynam treningi z pełnym obciążeniem. 

 - Jest Pan zadowolony ze swojej postawy w rundzie jesiennej?
 - Nie do końca. Ogólnie nasza gra nie jest wymarzona, ale cieszy to, że zdobywamy trochę punktów. Nad stylem na pewno musimy jeszcze popracować. Tak jak mówię, było coraz lepiej i myślę, że podobnie jak w zeszłym roku pod koniec rundy zanotowałbym dalszy postęp. Od tego feralnego meczu z Koroną czułem się tak, jak bym zawsze chciał, wróciła pewność siebie. Niestety, dopadła mnie kontuzja. Szkoda, bo mogłem zdziałać jeszcze trochę dobrego na boisku. 

 - Jak wspomniałem, Pana rola w zespole uległa poprawie w porównaniu z rundą wiosenną, ale do ideału było daleko, prawda? W tym sezonie zagrał Pan 8 meczów, strzelił jednego gola, ale tylko dwa razy zaliczył pełne 90 minut.
 - Zgadza się. Przed sezonem na obozach byłem przygotowywany do występów w pierwszym składzie i w premierowych czterech kolejkach się w nim znajdowałem. Później jednak przyszła porażka z Zagłębiem Lubin. Trener zdjął mnie wtedy już w przerwie i postanowił posadzić na ławce. Spędziłem na niej następne cztery spotkania i dopiero z Bełchatowem ponownie otrzymałem szansę. Wygraliśmy u siebie 1:0 po mojej asyście. Szczerze mówiąc, to było nasze najsłabsze spotkanie do tej pory, ale to my byliśmy górą. Utrzymałem miejsce w składzie, pewność wracała, lecz dopadł mnie pech. Takie życie, nic nie poradzę.

 - Arka punktów jakoś strasznie mało nie ma, ale strzela zatrważająco mało goli. 7 trafień na 14 kolejek daje fatalną średnią 0,5 na mecz! Niby potencjał ofensywny jest, a bramki padają od święta. Dlaczego?
 - Nie ulega wątpliwości, że to bolączka naszej drużyny. Wyłączając dwa ostatnie spotkania, w których straciliśmy pięć goli, bardzo dobrze spisujemy się w obronie. Słynęliśmy z żelaznej defensywy i może aż za mocno się na niej koncentrowaliśmy. Liczyliśmy na tę jedną jedyną bramkę, która da zwycięstwo i kilka razy się udało. Dzięki temu zgromadziliśmy 16 punktów. Nie jest to dorobek tragiczny, co nie zmienia faktu, że najbliższy mecz ze Śląskiem trzeba koniecznie wygrać. To byłby dobry prognostyk przed wiosną. Każdy widzi, jak wyrównana jest liga w tym sezonie, trudno o punkty. One są najważniejsze, gdyż tylko dzięki nim utrzymamy się w Ekstraklasie. Wrażenie artystyczne schodzi na drugi plan.
 
 - Obrona Arki prezentuje się solidnie, mimo że grają w niej piłkarze z różnych stron świata, każdy mówi w innym języku. Udało się jednak stworzyć monolit, czego przez długi czas nie potrafiono uczynić choćby w Wiśle Kraków. Tam też każdy z innej "bajki".
 - Dużo pracowaliśmy nad tym elementem. Nie bez znaczenia jest to, że trener Dariusz Pasieka jako piłkarz również grał w defensywie i doskonale wiedział, jak zbudować tę formację. Cała Arka jest zespołem będącym dopiero w trakcie tworzenia, a stara zasada mówi, że budowę drużyny zaczyna się od tyłu. Takie podejście przynosi efekty. Teraz trzeba jeszcze poprawić ofensywę, jakość jej gry. Wiemy, że od przyszłego roku będziemy występować na nowym stadionie i samą efektywnością na dłuższą metę nie przyciągniemy tłumu kibiców. Oglądanie Arki musi być dla nich przyjemnością, a tego nie zapewnią mecze z jedną wymęczoną bramką. 

 - Co do wykańczanego stadionu, chyba wszyscy będą wtedy szczęśliwi. Zawodnicy Arki będą mieli wreszcie doping z prawdziwego zdarzenia, a rywale przestaną się męczyć na sztucznej murawie.
 - Czekamy z utęsknieniem na pierwszy występ na nowym obiekcie. Mamy wspaniałych kibiców, którzy na tym małym stadionie nie do końca mogą to udowodnić. Liczymy, że trybuny będą zapełniać się do ostatniego miejsca, a przynajmniej w 75 procentach. Wtedy fani będą mogli naprawdę zostać naszym dwunastym zawodnikiem  i dzięki nim nie przestaniemy regularnie punktować u siebie. Trzeba jednak poprawić postawę na wyjazdach. Nie może być tak, że w tym sezonie zdobyliśmy poza domem ledwie dwa oczka i nawet nie strzeliliśmy gola. Skoro na obcych boiskach idzie tak słabo, tym bardziej nie wolno zawodzić przed własną publicznością. I moim zdaniem, przynajmniej w kwestii wyników, w Gdyni nie rozczarowujemy naszych sympatyków.

 - To co takiego dzieje się z Arką na wyjazdach? To kwestia taktyki, gry na remis?
 - Absolutnie nie! Nigdy, przed żadnym meczem, nie nastawiamy się tylko na to, żeby nie przegrać. Zawsze interesują nas trzy punkty i trener ciągle nam to powtarza, chce zaszczepić w drużynie mentalność zwycięzców. Trudno mi powiedzieć, gdzie leży problem. Gdybym wiedział, pewnie już zostałby rozwiązany. Może to kwestia skuteczności? W ostatniej kolejce z Legią mieliśmy swoje okazje i ich nie wykorzystaliśmy. Tak samo było w pamiętnym meczu z Lechem. W końcówce zmarnowaliśmy kilka "setek". Skończyło się na 0:0, a mogliśmy wygrać i to wysoko. To chyba tkwi gdzieś w naszych głowach. Za wszelką cenę chcemy się przełamać i niewykluczone, że chcemy aż za bardzo, co nie pomaga.

 - Długo dyskutowaliście o rzucie karnym dla Legii, sprezentowanym przez japońskiego sędziego? To była sytuacja wręcz niespotykana...
 - Było kilka żartów na ten temat, ale nie wiem, czy je powtarzać... A zresztą, teraz już za nic nie może nas ukarać. Śmialiśmy się, że wzięli go z kuchni w trakcie robienia sushi i dlatego kompletnie nie znał się na sędziowaniu. Przecież nawet trener i piłkarze Legii byli zdziwieni tym karnym. Przyznawali to po meczu. Uznajmy jednak, że każdy popełnia błędy i trzeba grać dalej. 

 - Niedawno w jednym z wywiadów powiedział Pan, że dziś jest dużo bardziej świadomy odnośnie tego, jak musi się prowadzić, jak dbać o swoją formę i zdrowie. Mówił Pan, że młodsi koledzy niezbyt chętnie słuchają pańskich rad. To ogólny problem młodych piłkarzy w Polsce?
 - Myślę, że tak i dobrze sprawdza się tu powiedzenie, że człowiek uczy się na własnych błędach. Wyciągnąłem wnioski ze swoich pomyłek i naprawdę przykro patrzeć na niektórych zawodników, gdy popełniają te same błędy, co kiedyś ja. To mało przyjemne uczucie, bo jest wielu graczy - nie tylko w Arce, ale i w innych drużynach - którzy mogliby robić wielkie kariery, jednak źle się prowadzą i w pewnym momencie przestają się rozwijać. Ale mówi się trudno. Przeżyłem kilka rzeczy, jestem dziś mądrzejszy. Wiem, że gdybym parę lat temu bardziej brał do serca rady Jacka Demińskiego lub Pawła Kryszałowicza, teraz znajdowałbym się w innym miejscu. 

 - Czyli brakowało Panu kogoś, kto potrafiłby przypilnować Pana w wieku 17 czy 18 lat, wyznaczył pewne granice, gdy przyszły pierwsze małe sukcesy?
 - Z biegiem czasu muszę przyznać, że potrzebowałem gdzieś takiej osoby. Cóż, niczego już nie cofnę. Teraz wiem, że wszystkie podpowiedzi od starszych kolegów były słuszne i dziś sam próbuję podpowiadać młodszym piłkarzom, co jest złe, a co dobre i czego nie powinni robić, żeby później nie żałowali. Myślę, że wróciłem na dobre tory i wszystko zmierza we właściwym kierunku. Wciąż mam dopiero 23 lata i uważam, że nadal jestem stosunkowo młodym zawodnikiem i wiele przede mną. Zdążę pokazać, że potrafię grać w piłkę i nie będę kolejnym zmarnowanym talentem. 

 - No właśnie. Przed Panem nadal pierwszy oficjalny mecz przeciwko bratu Marcinowi. Tej jesieni wydawało się, że wreszcie do tego dojdzie, media podgrzewały atmosferę i... nic z tego nie wyszło.
 - Akurat mecz z Jagiellonią odbywał się we wspomnianym okresie, w którym straciłem miejsce w składzie. Trener zaufał komu innemu, ale wierzę, że na wiosnę w Białymstoku już nic nie stanie na przeszkodzie i dojdzie do naszego pojedynku. Bardzo bym tego chciał. To byłoby fajne wydarzenie. 

 - Arka u siebie ograła "Jagę", więc na razie to chyba Pan może chodzić z wyżej podniesioną głową niż Marcin?
 - Myślę, że obecnie przewagę ma jednak Marcin. W bezpośrednim starciu z nim nie wygrałem. On z Jagiellonią jest liderem i wszystko wskazuje, że do samego końca będzie walczył o mistrzostwo Polski. Brat otwarcie o tym mówi. W "Jadze" wyczuwają swoją szansę, powstała dobra drużyna. A nasze kluby walczą o zupełnie inne cele. Marcin i koledzy chcą utrzymać pozycję lidera, a my celujemy w ósme miejsce, ale chciałbym, by za kilka miesięcy w Białymstoku wreszcie doszło do pojedynku braci Burkhardtów.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się