var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: chorzow.pl

Wojciech Grzyb dla 2x45.com.pl: Jestem do wzięcia jako piłkarz, jako trener i jako działacz

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2012-05-20 18:24:57

- Za jakiś czas podsumuję wszystko, co działo się w ostatnich miesiącach. Planuję nawet napisanie książki. Szatnia odegrała w tych wynikach równie ważną rolę jak sztab szkoleniowy - mówi tajemniczo w wywiadzie dla 2x45.com.pl Wojciech Grzyb, który na pewno nie będzie dalej piłkarzem Ruchu Chorzów, ale... może zostanie jego działaczem.

2x45.com.pl: - Wiadomo już, że nie będzie Pan piłkarzem Ruchu, natomiast są pewne niejasności. Najpierw czytaliśmy, że odrzucił Pan ofertę zostania osobą odpowiedzialną za kontakty z kibicami, a w piątek pisano z kolei, że po prostu nie otrzymał Pan nowego kontraktu jako zawodnik. Zatem?
Wojciech Grzyb:
- Oferta, o której wspomina pan na początku, to nieoficjalny temat sprzed jakiegoś tam czasu. Padła ona podczas luźnej rozmowy z Dariuszem Smagorowiczem. W piątek propozycja została ponowiona, natomiast do konkretów dojdzie w tym tygodniu, bo wtedy będę miał kolejną rozmowę z prezesem. Kilka dni temu na świat przyszła jego córka, więc miał na głowie ważniejsze sprawy. A jak już się spotkamy, oferta zostanie skonkretyzowana bądź nie. Przyzna pan, że pojęcie osoba ds. kontaktu z kibicami to bardzo ogólne pojęcie. Pod tym szyldem tak naprawdę może kryć się wszystko.

- Zwłaszcza że w wielu klubach takie stanowisko po prostu nie istnieje...
- Otóż to, często są tylko jacyś ambasadorzy. Takie promowanie klubu być może nawet by mi odpowiadało. Ruch ma kibiców na całym Śląsku i nie tylko, ale kibiców nigdy za wiele. Zawsze można pozyskać nowych. Gdybym w wielu aspektach dostał wolną rękę i okazję do wykazania się kreatywnością, takie zajęcie mogłoby mnie satysfakcjonować. Gdyby jednak wyszło, że byłaby to tylko propozycja na odczepnego, raczej zajmę się czymś innym.

- Brzmi to wszystko tak, jakby właśnie zakończył Pan karierę.
- Wcale nie nastawiam się, że nie będę już grał w żadnym klubie. Wbrew temu, co ostatnio niektórzy sugerowali, moja forma fizyczna jak na mój wiek jest zaskoczeniem nawet dla mnie. Jeśli się okaże, że ktoś będzie jeszcze zainteresowany Wojciechem Grzybem jako piłkarzem i nie będzie to odcinanie kuponów, każdą taką ofertę poważnie rozważę. Natomiast wcale nie musi to być propozycja piłkarska. Posiadam papiery trenerskie drugiej klasy i w tej chwili mógłbym być trenerem nie tylko drużyn młodzieżowych, ale również jakichś klubów z niższych lig. W przyszłości prawdopodobnie podążę tą drogą, a nie wykluczam wejścia na nią już teraz.

- Czyli krótko mówiąc, wariantów ma Pan wiele, ale ofert na razie żadnych?
- Dokładnie. Jestem do wzięcia jako piłkarz, jako trener i jako działacz (śmiech).

- Pożegnanie z grą w Ruchu chyba nie jest dla Pana zaskoczeniem? Zanosiło się na nie od kilku miesięcy...

- To prawda, ciągle pojawiały się takie sygnały. Starałem się o tym nie myśleć, jednak co chwila ktoś mnie o to pytał, więc wtedy odpowiadałem, że taki scenariusz jest bardzo realny. Po cichu liczyłem, że może coś się jeszcze w ostatniej chwili zmieni. Trzeba jednak przyznać, że ostatni sezon nie był najlepszy w moim wykonaniu. Grałem mało, miałem pewne pozaboiskowe problemy na początku rozgrywek i straciłem miejsce w składzie. Zdarza się to lepszym ode mnie. Dopuszczałem więc do siebie myśl, że będziemy się żegnać, ale tak się niefortunnie złożyło, że o decyzji klubu przeczytałem najpierw w gazecie. Jakiś dziennikarz miał sprawdzoną informację i trochę uprzedził fakty. Do nikogo nie mam jednak pretensji, bo to właśnie w Ruchu przeżyłem najlepszy okres w karierze.

- Zasłużenie stracił Pan miejsce w składzie? Do 11. kolejki zawsze grał Pan w podstawowej jedenastce, później zdarzało się to rzadko.
- Trudno mówić o sobie. Początek sezonu był dla mnie trudny, mimo że był udany dla Ruchu. Nie szedłem do gazet, żeby opowiedzieć o problemach rodzinnych, o tym, że rzadko się wysypiałem i tak dalej. Dziś to nieistotne. Dostawałem kolejne szanse, ale po prostu grałem gorzej niż w poprzednich latach. Przyzwyczaiłem do tego, że w każdym sezonie strzelałem parę goli, do tego miałem kilka lub nawet kilkanaście asyst, a tym razem od początku jakoś nie szło. Po Wielkich Derbach Śląska z Górnikiem powędrowałem na ławkę, ale nie miałem o to pretensji. Naprawdę. Chciałem się odbudować fizycznie i na nowo powalczyć o skład. Specjalnych szans już jednak nie było. Na więcej mogłem liczyć tylko przy absencji Marka Zieńczuka lub Łukasza Janoszki. Gdy grałem, z tego co słyszałem w opiniach, nie zawodziłem, lecz nie zdobywałem bramek i nie zaliczałem asyst. Nie było wymiernych efektów mojej gry.

- Po dwóch tygodniach od ostatecznych rozstrzygnięć bardziej się Pan cieszy, że jest wicemistrzem Polski, czy bardziej żałuje, że nie został mistrzem?
- Oczywiście bardziej żałuję, że nie zdobyliśmy tytułu. Starałem się jak to tylko możliwe tonować nastroje i nie mówić o mistrzostwie. Szczerze mówiąc, nastawiałem się raczej na triumf w Pucharze Polski. To wydawało się nieco łatwiejsze. W pewnym momencie jednak nie mogliśmy uciec od mistrzowskich deklaracji. Jeszcze do przerwy w ostatniej kolejce byliśmy mistrzami, dlatego wciąż odczuwam ogromy niedosyt. Wszyscy piszą, że Ruch jest największym wygranym sezonu zaraz po Śląsku Wrocław. Ja wychodzę z innego założenia. O tytuł z "Niebieskimi" już nie powalczę. Bardzo chciałem zdobyć go teraz. Za kilka miesięcy o naszym wicemistrzostwie nikt nie będzie pamiętał. Liczą się tylko zwycięzcy. Mam trochę amerykańskie podeście do tematu, dlatego drugie miejsce w takich okolicznościach traktuję jako porażkę. Przed sezonem wicemistrzostwo i finał PP uznałbym za coś fajnego. A tak są dwa srebrne medale, które chciałoby się zamienić na jeden złoty...



- Te medale to w dużej mierze zasługa trenera Waldemara Fornalika. Jak w kilku zdaniach opisałby Pan jego fenomen?
- Wie pan co... Za jakiś czas podsumuję wszystko, co działo się w ostatnich miesiącach. Planuję nawet napisanie książki. Szatnia odegrała w tych wynikach równie ważną rolę jak sztab szkoleniowy. Wiadomo, że teraz najwięcej pochwał zbiera trener, to naturalne. Wicemistrzostwo z zespołem, który znawcy i pseudoznawcy oceniali jako zbieraninę piłkarzy niechcianych gdzie indziej, siłą rzeczy jest widziane jako sukces trenera. On to poukładał i potrafił stworzyć kolektyw. To jednak nie jest cała prawda. Gdyby przyjrzeć się, jacy zawodnicy grali w Chorzowie i kiedy zaczęto kłaść fundamenty pod te osiągnięcia, spojrzenie na całość byłoby trochę inne. Na razie nie zamierzam zagłębiać się w szczegóły, chcę się od tego zdystansować. Mam w planach rzucenie kiedyś innego światła na ostatnie dokonania Ruchu. Podkreślam jednak wyraźnie: nie mówię tego dlatego, że jestem obrażony, bo nie dostałem nowego kontraktu i próbuję odreagować. Chcę uniknąć takich skojarzeń. To dużo wcześniejsze obserwacje.

Nie zawsze jest różowo, zwłaszcza w takim klubie jak Ruch Chorzów. Ludzie myślą, że przyszedł sponsor, firma Węglokoks, i wszystko jest już poukładane. No bo skoro walczymy o mistrza i wreszcie oficjalny o tym mówimy, to musi być super... A nie do końca tak jest. Gdyby w tych warunkach panowała inna atmosfera w szatni, nie byłoby sukcesów. Duch szatni jest siłą tej drużyny, odkąd w niej gram. Potrafiliśmy obrócić w żart nawet problemy finansowo-organizacyjne i zamiast żalić się nad swoim losem, żartowaliśmy, jaka będzie następna wymówka w klubie. Pojadę na urlop, trochę odpocznę i krok po kroku dojrzeję do tego, żeby więcej opowiedzieć. Myślę, że powstanie ciekawa lektura.

- To będzie autobiografia, wspomnienia od początku kariery, czy jedynie wątek chorzowski?

- Kiedyś myślałem o wspominkach, ale potem pomyślałem: kurczę, kim ja jestem, żeby pisać takie rzeczy? Niedawno przeczytałem książkę Andrzeja Iwana i moja przy tej publikacji byłaby tylko bajką dla dzieci. Chciałbym więc obrać myśl przewodnią i na jej podstawie opisać co ciekawsze wydarzenia z czasów gry w Chorzowie, a wcześniej w Odrze Wodzisław i Ruchu Radzionków. Przekaz byłby głównie dla młodych ludzi, że nie warto rezygnować ze swoich marzeń. W juniorach byłem bardzo daleko od miana pierwszoplanowej postaci, a okazało, że jako jedyny zaistniałem w Ekstraklasie i zagrałem ponad 300 meczów. Do tego uchyliłbym rąbka tajemnicy na temat wielu ciekawych, często bardzo miłych zdarzeń z szatni Ruchu i zdradził, jak tworzy się tak dobrą atmosferę w klubie, w którym często nie było niczego poza punktami. Zdaję sobie sprawę, że to nie mogą być banały, trzeba wydobyć zza kulis parę ciekawych wątków, ale w granicach rozsądku. Nie chcę też nikomu zaszkodzić. Każda szatnia ma swoje tajemnice i pewne rzeczy nigdy nie mają prawa z niej wyjść.

Szkoda, że nie zdobyliśmy tego mistrzostwa, bo wszystko spięłoby się piękną klamrą i na pewno ludzie chętniej sięgnęliby po taką książkę. Już miałem nawet w głowie dobry tytuł. Zacytuję powiedzenie, że "nie wszystko złoto, co się świeci". Nie chodzi tylko o trenerów, ale też na przykład o relacje piłkarzy z kobietami. Wiele z nich chce się obracać wokół zawodników, bo wiąże się to z pewnymi przywilejami - nie tylko materialnymi, również tymi dotyczącymi blichtru, prestiżu. Trzeba uważać.

- To plany bardziej na najbliższe miesiące czy lata?
- Zależy od tego, co będę teraz robił. Jeśli będę miał więcej czasu, zacznę sobie systematyzować wszystkie zapiski i materiały, żeby to wszystko miało ręce i nogi.

- Wróćmy jeszcze do Ruchu. Jakie widzi Pan perspektywy przed tym klubem? Z jednej strony zaraz ma być kolejny sponsor, a z drugiej trudno będzie zatrzymać Arkadiusza Piecha i Macieja Jankowskiego.
- Dziś właśnie narzeczona pytała mnie, czy Arek Piech zostaje w Chorzowie. Co prawda nie tak dawno przedłużył kontrakt, ale chyba głównie po to, żeby umożliwić klubowi zarobienie na nim niezłych pieniędzy. Jakiś chętny na pewno się znajdzie. Arek ma swoje pięć minut, zaraz skończy 27 lat i jeśli dostanie ciekawą ofertę, musi z niej skorzystać - bez względu na to, czy będzie to w interesie drużyny. Pod względem finansowym pewnie będzie, bo Ruch dostanie za niego określone pieniądze, jak kiedyś za Artura Sobiecha i Macieja Sadloka. Takie są realia. Biedniejsi sprzedają, bogatsi kupują. Z Maćkiem Jankowskim sprawa jest mniej klarowna. To na tyle zamknięty w sobie człowiek, że trudniej przewidzieć, co by wolał, poza tym, że kiedyś chciałby zagrać w Legii, bo jej kibicuje.

- Słychać głosy, że Ruch przygodę z pucharami zakończy na pierwszej poważniejszej przeszkodzie, ale... żaden polski klub nie daje dziś gwarancji, że w jego przypadku byłoby inaczej...
- Dokładnie. Do takich złośliwych, wręcz zawistnych komentarzy podchodzę luźno, bez spinania się. Jeżeli tylko jeden zespół zdobył więcej punktów od nas, dlaczego mamy się wstydzić, że wystąpimy w pucharach? Prawo do gry w Europie zdobywasz po 30 spotkaniach w lidze i jeśli ktoś jest wtedy drugi, kibice innych drużyn nie powinni tego komentować. W praniu wyjdzie, kto jak daleko zajdzie. Zawsze dużo zależy od losowania. Jeśli uda się pokonać pierwsze przeszkody, można się rozpędzić i sporo osiągnąć, co pokazało już kilka polskich klubów. Nic nie jest stracone.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się