var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: lechia.pl - oficjalna strona Lechii Gdańsk

Tomasz Dawidowski dla 2x45.com.pl: Nie ma co na siłę udawać piłkarza

Autor: rozmawiał Mateusz Michałek
2012-12-13 19:15:33

Tomasz Dawidowski w długiej rozmowie z 2x45.com.pl opowiadał o swojej karierze. Było w niej dużo kontuzji i... błędów. - Nie można całe życie być oszołomem. Były momenty, kiedy kasyno zabierało mi zbyt dużo prywatnego czasu. Najważniejsze żeby po takiej decyzji się nie wyłamać. Mam wielu kolegów, nawet z Ekstraklasy, którzy mieli podobne problemy. Dzwonią i pytają, jak to zrobić. Niektórzy chodzą na przeróżne spotkania z psychologami - mówi 2x45.com.pl były napastnik Amiki, Wisły i Lechii.

Zbigniew Boniek Poleca Bonus 200 zł‚ w Expekt! - Zarejestruj się Teraz

2x45.com.pl: - Oficjalna informacja o zakończeniu przez pana kariery, czy też jak pan powiedział, przygody z piłką, pojawiła się jakieś dwa miesiące temu. Ciężko było podjąć decyzję?
Tomasz Dawidowski:
- Podjąłem ją tuż po wygaśnięciu umowy z Lechią. Już wtedy byłem pewny, że dalej nie będę grał w piłkę. Nie ogłaszałem tego oficjalnie, bo stwierdziłem, że to moje życie i informacja na ten temat wcale nie musi pojawiać się na jakimś portalu czy w gazecie. W końcu jednak ktoś do mnie zadzwonił i wyszło, że decyzję podjąłem właśnie w październiku. Wracając do pytania, to pewnie, że było mi ciężko. W Ekstraklasie zadebiutowałem w 1996 roku, więc trochę czasu już minęło. Na pewno nie wszystko przebiegało tak jak chciałem. Było ciężko, ale trzeba było powiedzieć w końcu: dość. 

- Mówił pan, że po prostu nie chciał wędrować po niższych ligach. 
- Nie chciałem tułać się po Polsce, zresztą nie miałem też zbyt wielu ofert. Nie ma co na siłę udawać piłkarza. Grając w Ekstraklasie przez sześć lat występowałem w Amice, pięć w Wiśle, chociaż każdy wie, jak wyglądała tam moja sytuacja i teraz były ponad dwa lata w Lechii. W ostatnim czasie pojawiały się też problemy z drobnymi urazami. Ale nie przez to przestałem grać w piłkę, bardziej przez brak zapotrzebowania na moją osobę. Ostatni rok w moim wykonaniu był słabszy niż poprzednio i stwierdziłem, że nie ma sensu grać dalej. Moim priorytetem zawsze była gra w Ekstraklasie, niższe ligi mnie nie interesowały. Już nawet nie chodzi o pieniądze, ale o poziom i organizację. W klubach, w których występowałem wszystko było w miarę poukładane. Trzy drużyny i trzy bardzo fajne przygody. A że nie wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowałem?... Życie często weryfikuje plany. 
 
- Za panem kilkanaście lat gry, bądź co bądź, na najwyższym poziomie w naszym kraju. Zrobił pan sobie podsumowanie swoich lat na boisku?
- Nie ma co wracać do tego co było. Moja przygoda z piłką to historia... Kto interesuje się futbolem, pewnie wie, że okres pomiędzy 1998 a 2004 rokiem był dla mnie bardzo fajny. Zdobyłem wtedy z Amicą dwa Puchary Polski, a w lidze dwukrotnie stanąłem na najniższym stopniu podium. Klub był naprawdę dobrze zarządzany. Nie było problemów finansowych i organizacyjnych. Udało mi się nawet rozegrać kilka spotkań w europejskich pucharach i to stamtąd trafiłem do reprezentacji. Co do kadry, to gdyby wszystko potoczyło się tak jak należy, pewnie nie zatrzymałbym się na 10 spotkaniach. To był dla mnie zdecydowanie najlepszy rozdział, zresztą czasami nawet śmiałem się z chłopakami w szatni, że karierę to skończyłem w 2004 roku, kiedy przeszedłem do Wisły. Osiem czy dziewięć operacji, kilkukrotnie zerwane więzadła krzyżowe... Nie powiem, że ten czas był kompletnie stracony, ale na pewno bardzo nieudany. W sumie rozegrałem raptem kilkanaście spotkań. Ostatnie dwa i pół roku wspominam bardzo miło. W końcu to z Lechii startowałem do większej piłki. Chylę czoła przed trenerem Tomaszem Kafarskim i Robertem Dominiakiem, który po powrocie do Gdańska postawił mnie na nogi. 
 
- Jakby mógł pan jeszcze powiedzieć coś więcej o okresie gry w Amice. Bo sukcesy faktycznie były. 
- Jak to wszyscy mówią, graliśmy na wsi, ale stanowiliśmy naprawdę mocny kolektyw. Mnie, Jarka Bieniuka, Marka Zieńczuka i Grzegorza Króla wychował wcześniej w Gdańsku jeden szkoleniowiec, a mianowicie Józef Gładysz. Świetny fachowiec. To, że graliśmy później w jednej drużynie ligowej, to spory sukces również dla niego. Oczywiście było jeszcze kilku innych fajnych piłkarzy jak Sokołowski, Szamotulski, Podbrożny. Jak tak teraz patrzę na rozgrywki ligowe, to moglibyśmy walczyć o mistrza Polski. Chociaż, żeby nie było, nie uważam jak większość, że poziom ligowy jest obecnie bardzo słaby. Może to się nie odzwierciedla w pucharach, ale wystarczy spojrzeć na niektórych piłkarzy z nazwiskami, którzy do nas przyjeżdżają i najnormalniej w świecie sobie nie radzą. Nie jest tak łatwo. A ówczesna Amica była bardzo poukładana, powiedziałbym nawet, że bardziej od Wisły. Zdziwiło mnie to, ale pod względem bazy i ogólnej struktury organizacyjnej „Biała Gwiazda” była daleko za Amicą. To zawsze był jednak klub z tradycjami, o bardzo dużym potencjale piłkarskim i dlatego tam poszedłem. 
 
- Uściślając, najlepszym sezonem w Amice były dla pana rozgrywki 2002/2003, kiedy to udało się panu przekroczyć barierę 10 bramek w lidze. Z tamtą formą walczyłby pan dzisiaj o koronę króla strzelców?
- Dobrze pamiętam tamten sezon. Po rundzie jesiennej miałem na koncie zaledwie dwa trafienia. Zwolniono trenera Mirosława Jabłońskiego, a na jego miejsce przyszedł Stefan Majewski. Na wiosnę strzeliłem dziesięć goli. Dzięki wysokiej formie stałem się jednym z czołowych piłkarzy w Ekstraklasie. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy mając ówczesną szybkość i siłę, bo byłem silnym zawodnikiem, moje osiągnięcia wyglądałyby teraz podobnie. Później, głównie przez kontuzje kolan, wszystko zatraciłem. Mogłem grać jedynie na doświadczeniu, bo w wielu aspektach nie wyglądałem już tak jak przed urazami. 
 
- Był okres, w którym czuł pan, że może osiągnąć coś naprawdę wielkiego? Regularnie otrzymywał pan powołania do reprezentacji, strzelił pan bramkę z Kazachstanem...
- Był moment, kiedy czułem się naprawdę mocny. Przyjechali wtedy ludzie z rosyjskiego Saturna. Na półmetku tamtejszych rozgrywek byli w czubie tabeli, bardzo mnie chcieli. W zasadzie byłem już po rozmowach, nawet prezes Amiki się z nimi dogadał. Ostateczne negocjacje zakończyły się jednak fiaskiem i nigdzie nie wyjechałem. Zostałem na kolejny rok we Wronkach i wtedy zaczęły się problemy z pachwinami. Miałem przepuklinę pachwinową. Więcej się leczyłem niż grałem, a wystarczyło zrobić mały zabieg. Straciłem bardzo ważne dziewięć miesięcy. Wyglądało to tak, że grałem jedno spotkanie, ale później musiałem długo odpoczywać, uraz nie pozwalał na więcej. Gdyby lekarze od razu stwierdzili co mi dolega... Po wszystkim wróciłem do formy i pojawiła się propozycja z Wisły, gdzie grali Żurawski, Kosowski, Frankowski, Kużba czy Szymkowiak.   Stwierdziłem, że czas na zmianę otoczenia. Ofert z zagranicy już nie było, wybrałem najlepszą możliwą ofertę.
 
- Nie żałuje pan trochę, że nie udało się panu wyjechać do zagranicznego klubu?
- Jestem człowiekiem, który za dużo nie żałuje. Mogę mówić, że żałuję, iż poszedłem do Wisły, bo rozwaliłem się na trzecim treningu, miałem problemy z kolanem, czy byłem źle leczony, ale po co? Co do problemów, to może dawałem też trochę od siebie, bo chciałem za szybko wracać na boisko. Nie chcę już roztrząsać, kto nie wywiązywał się dobrze ze swoich obowiązków, bo po tylu latach nie mam do nikogo pretensji. Jak już, to właśnie do siebie. Wyjazd za granicę byłby fajną sprawą, ale stało się jak się stało. Gdyby nie kontuzje, wydaje mi się, że w samej Wiśle też strzelałbym po kilkanaście bramek. Teraz pytałby mnie pan, które mistrzostwo smakowało bardziej, a które mniej, a tak tytuł mam tylko jeden. Zresztą zagrałem wtedy dwukrotnie po kilkanaście minut. 
 
- Może to mistrzostwo dostał pan niejako w nagrodę za wszystkie cierpienia spowodowane urazami...
- Często rozmawiałem z kolegami z boiska, którzy mówią, że po jednej operacji więzadeł, których miałem cztery, było im bardzo ciężko wrócić na boisko. Pół roku się nie gra, a kolejne pół dochodzi do siebie. Czwarty raz krzyżowe zerwałem w 2009 roku. Pierwsza drużyna Wisły pojechała do Bełchatowa, a ja trenowałem z zespołem Młodej Ekstraklasy. Do końca kontraktu zostały trzy miesiące, więc moje dni były policzone. Na zajęciach zostawiałem jednak serducho na boisko. Trener Kulawik powiedział nawet, że niepotrzebnie wsadziłem nogę tam gdzie wsadziłem. I stało się. Już wtedy powiedziałem sobie dość, ale po jakimś czasie skontaktowała się ze mną Lechia. Cieszyłem się, że mogę wrócić na stare śmieci i kontynuować swoją przygodę z Ekstraklasą.

- Już po całej sytuacji w Wiśle rozmawiał pan może z tym nieszczęsnym rehabilitantem, który spaprał sprawę?
- Dołożyłem cegiełkę do tego, że po kilku miesiącach mojego pobytu w Wiśle został zwolniony. Chyba przekonali się co do jego umiejętności. Od tamtego czasu się z nim nie spotykałem. Nie ma co do tego wracać, bo opowiadania o tej całej sytuacji byłoby na kilka dni, a nie na krótki wywiad.

 

- Patrząc na wszystkie operacje i urazy można powiedzieć, że i tak sporo wytrzymał pan na boisku.
- Od zawsze miałem bardzo trudny charakter, ale on mi w tej karierze pomógł. Nie znam drugiego piłkarza, który... Przecież prócz zerwanych więzadeł, miałem problemy z sercem, łękotką, zdarzały się pęknięte kości. W sumie przeszedłem czternaście zabiegów. W szesnastoletniej przygodzie z futbolem to bardzo dużo. Po każdej kontuzji trzeba przejść rehabilitację i podnieść się kolan. Jeśli ktoś nie ma jaj i ambicji, to nie wytrzyma. Trzeba też powiedzieć, że z roku na rok jest coraz łatwiej, bo medycyna cały czas idzie do przodu. Uważam, że mogę sobie bić brawo, że nigdy nie rzuciłem rękawic. Tak jak powiedziałem, teraz też nie skończyłem z piłką z powodu urazów. Gdybym nie był tak zacięty, podobna decyzja przyszłaby już wcześniej. 
 
- Wielu piłkarzom brakuje takiego samozaparcia. I nie chodzi mi tutaj o kontuzjowanych, ale tych, których urazy omijają. Mam wrażenie, że gdyby przytrafiła się im poważniejsza kontuzja to by się całkowicie załamali.
- Nie chciałbym wypowiadać o innych i osądzać, że ten ma charakter, a tamten już nie. Pewne jest jedno, ciężko jest znaleźć zawodników z dużymi umiejętnościami i super charakterem. Wszyscy w Polsce narzekają, że piłkarze za mało się angażują, że chodzą na półtoragodzinne treningi i zarabiają krocie. Ja uważam, że aby występować w Ekstraklasie przez kilkanaście sezonów, trzeba przez cały ten czas dawać z siebie maksimum. Nie ma też co ukrywać, że znajdzie się kilku graczy z wielkimi umiejętnościami, którzy nie umieją ich wykorzystać. Inni, z mniejszym talentem, ale za to większym zaangażowaniem, zachodzą wyżej. 
 
- Żałował pan kiedykolwiek, że wziął się za profesjonalną piłkę?
- Nie, nigdy nie miałem takiego momentu. Po każdej operacji wierzyłem, że jestem w stanie wrócić na boisko. No może raz chciałem powiedzieć basta, właśnie wtedy w 2009 roku. W Krakowie przebywałem jeszcze trzy miesiące po wygaśnięciu kontraktu. Rehabilitant dał mi do zrozumienia, że kolano wygląda bardzo dobrze i szybko wracam do formy. Trochę za jego namową i Łukasza Garguły, z którym się rehabilitowaliśmy, podjąłem decyzję, że jednak się nie dam. To był taki jeden, jedyny moment. Ale na pewno nigdy nie żałowałem, że postanowiłem zostać piłkarzem.
 
- Była taka sytuacja z Gargułą, który miał zaszytą „w sobie” igłę. Niektórzy żartują, co w takim razie lekarze podczas wszystkich operacji zostawili panu w organizmie.
- Na szczęście nie miałem takich przygód. Przez ostatnich parę lat operowałem się tylko i wyłącznie w klinice u doktora Piontka. Jak dla mnie to najlepszy ortopeda w Polsce. Naprawdę nie trzeba wyjeżdżać zagranicę, by dobrze wyleczyć kolana. Pierwszy zabieg przeszedłem jeszcze u doktora Fassa i nie byłem z niego zadowolony. Wisła wysyłała piłkarzy właśnie do niego, a to nie była dobra decyzja. Kilku piłkarzy miało problemy po tych jego operacjach. A żeby zostawić w kolanie igłę... Trochę już się znam na ortopedii kolan, trzeba być naprawdę „niezłym”, żeby zrobić coś takiego.
 
- Bolało pana czasami, że kibice, w szczególności ci z Krakowa, nie rozumieli, że te wszystkie kontuzje przecież najbardziej dotykają pana? Oni widzieli tylko gościa, który nie gra, a bierze pieniądze.
- Będąc kontuzjowanym zawsze robiłem wszystko, by wrócić na boisko i pokazać na co mnie stać. Czasami miałem dość tego, co się o mnie mówiło. Ale wie pan co, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że rozumiem ówczesną frustrację kibiców. Miałem niezły kontrakt, a nie dawałem nic drużynie. Przyszedłem do klubu, by strzelać bramki, a tymczasem bramek nie było. Być może byli jednak i tacy, którzy chociaż trochę rozumieli moją sytuację. 
 
- Jestem ciekaw, czy zgadnie pan o czym chciałbym jeszcze porozmawiać. Bo w rozmowach z panem dość często pojawiają się takie dwa kręgi tematyczne. Właśnie kontuzje i...
- ...i kasyno. Nie wracam do tego. Nie ukrywam, że był okres, kiedy je odwiedzałem, ale to już zamknięta sprawa. Byłem młodym chłopakiem, który dość szybko zaczął grać w Ekstraklasie i się w niej wyróżniał. W takich momentach głowa czasami nie wytrzymuje i moja nie wytrzymała. Poniosło mnie w złą stronę. Nie pomagało mi to w grze w piłkę. Przyznaję, że popełniałem błędy, każdy wie, że we Wronkach była ekipa, która lubiła sobie razem gdzieś wyjść. Właśnie tego najbardziej żałuję, że kiedyś poszedłem ten pierwszy raz do kasyna. Nikt nie jest jednak święty, na szczęście to już historia. Teraz jestem mądrzejszy o te doświadczenia. 
 
- Niektórzy uważają, że pańska kariera nie potoczyła się jak należy właśnie również przez hazard, że miało to równie duże znaczenie jak kontuzje. 
- Nieee, hazard nie miał nic do tego. Ja nigdy nie piłem alkoholu, to znaczy czasami się zdarzało, ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mogłem sobie na to pozwolić. Bo są przecież tacy, którzy piją i balują non stop, również przed samymi spotkaniami. Nigdy nie zdarzyło mi się coś takiego, przygotowania do meczu były świętością. W kasynach też nie wariowałem, jak do nich chodziłem, to byłem trzeźwy. Naprawdę nie kłóciło się to ze sprawami sportowymi. Bardziej wpływało to na psychikę, człowiek czuł się nieco inaczej. 
 
- Co skłoniło pana do skończenia z kasynami?
- Po prostu kiedyś powiedziałem sobie dość i do tej pory się tego trzymam. Nie można całe życie popełniać błędów i być oszołomem. Bo czasami człowiek się tak zachowuje. Były momenty, kiedy zabierało mi to zbyt dużo prywatnego czasu. Najważniejsze, żeby po takiej decyzji się nie wyłamać. Mam wielu kolegów, nawet z Ekstraklasy, którzy mieli podobne problemy. Dzwonią i pytają, jak to zrobić. Niektórzy chodzą na przeróżne spotkania z psychologami, ale uważam, że człowiek sam musi sobie to postanowić. To kwestia charakteru.
 
- Jak widać jest pan ekspertem nie tylko od klinik, ale i kończenia z hazardem. Może pan pomagać młodym kolegom, którzy stawiają pierwsze kroki w poważnym futbolu?
- Jak ktoś będzie zainteresowany to służę pomocą (śmiech). Tak jak powiedziałem, to jest jednak indywidualna sprawa każdego człowieka. Mam teraz 34 lata, gdybym miał taki rozum kilkanaście lat temu, pewnie podjąłbym kilka decyzji inaczej. Będąc młodym chłopakiem, kiedy na horyzoncie pojawiają się pieniądze, wiele rzeczy robi się bez głowy. Najważniejsze, że w porę się opamiętałem.
 
- Co pan w ogóle obecne robi? Ma pan jakieś plany na dalszą przyszłość?
- Trzy lata temu, wraz z kilkoma trenerami i byłymi zawodnikami, założyliśmy Akademię Sportową Pomorze w Gdańsku, w ramach której szkolimy młodzież. Mamy różne roczniki. W projekcie, oprócz mnie, udział biorą Józef Gładysz, Grzegorz Król, Janusz Kupcewicz, Sławomir Wojciechowski i Dominik Czajka. Obecnie, razem z Grześkiem pracujemy z rocznikami 2004 i 2006. Na razie bawię się z młodzieżą, ale kiedyś na pewno chciałbym wziąć się za poważną trenerkę. Obecnie akademia jest najważniejsza, zobaczymy co wyklaruje się dalej.  
 
- Wpisuje pan czasem swoje nazwisko na YouTube?
- Przyznaję się, że nie. 
 
- Jako pierwszy, zamiast kompilacji bramek, wyskakuje filmik, na którym rozmawia pan z Antonim Łukasiewiczem i żartuje sobie z kartek, przez które musi pan pauzować. 
- Kibice w Gdańsku mieli o to pretensje. Przed meczami zawsze byłem rozluźniony. Najmocniej koncentrowałem się w ostatnich chwilach. Nie ma co ukrywać, że żart był głupi, ale nie miał żadnego wpływu na moje podejście do spotkania. Śmiałem się po prostu, że co i rusz dostaję kartki.  Wyszło jak wyszło.
 

100 zł‚ Zakład Bez Ryzyka w Betclic - Mateusz Borek Poleca - Kliknij Teraz !


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się