
Uff, w końcu! Dość już rywalizacji w Europie, czas skupić się na tym, w czym od lat jesteśmy bezbłędni: oszukiwaniu samych siebie.

Oto jest dzień, który dał nam Vuković. Tak, moi drodzy, to, że od kilku dni możemy emocjonować się meczem Legii Warszawa z Rangersami i w dodatku polski zespół cały czas ma realną szansę na awans, jest zasługą szkoleniowca wicemistrzów Polski. Dzięki jego pragmatycznej myśli szkoleniowej Legia z trudem pokonywała kolejne przeszkody, ale żarty się skończyły. Dziś nadszedł dzień weryfikacji i atakowanie Ibrox pistoletami na wodę nie będzie miało sensu. Do awansu potrzebna jest lepsza, ale przede wszystkim odważna gra.

Czujecie napięcie przed czwartkowym rewanżem Legii z Rangers na Ibrox Stadium? Nie towarzyszy może temu nerwowe obgryzanie paznokci, niespokojne spoglądanie w kalendarz, ale pewien dreszczyk na myśl o tym meczu się pojawia. W końcu polska drużyna gra o coś poważnego. Co więcej, naprawdę ma szanse awansować. Nadchodzi zarazem weryfikacja ostatnich decyzji Aleksandara Vukovicia.

Takie mecze jak wczorajsza rywalizacja Legii z Rangersami są bardzo potrzebne polskiej piłce klubowej. Niezależnie od poziomu piłkarskiego, było to po prostu święto, wydarzenie z trochę jakby innego świata.

Jest wśród naszych trenerów kult takiego prymitywnego futbolu. Konterka, przejście do ataku jak najprostszym sposobem, potem murowanko. Czyli mówiąc najogólniej – myślenie krótkofalowe, stosowanie działań, które pozwolą na wynik ad hoc. Częściowo to rozumiem, bo przecież trenerzy w naszych warunkach nie mają czasu na budowanie, ale jednak przede wszystkim mnie to totalnie irytuje.

Życie Tony'ego Adamsa nie było usłane różami, ale z tego powodu zawodnik jest idealnym przykładem na to, że takich piłkarzy dziś raczej już nie spotykamy. Oddany jednemu klubowi, z tak wielkim problemem, który miał olbrzymi wpływ na jego karierę. Był też przykładem i wręcz wzorem na to, że z każdej nawet najgorszej sytuacji można wyjść obronną ręką.

Mam wrażenie, że po zakończeniu meczu Atromitosu z Legią Aleksandar Vuković nie tylko szeroko się uśmiechnął, ale przede wszystkim w końcu ze spokojem odetchnął. Okazało się, iż jego plan na ten dwumecz wypalił, pomimo niekoniecznie w pełni udanych decyzji personalnych.

Wydawało mi się, że w kwestii polskich drużyn w europejskich pucharach nic mnie już nie zaskoczy. Nie ruszył mnie specjalnie blamaż Piasta Gliwice na Łotwie i to, że mistrz Polski nie był w stanie wyeliminować choćby jednego przeciwnika. Nie zdziwiło odpadnięcie Lechii Gdańsk po bardzo dobrym pierwszym meczu z Broendby. Nie zaskoczyła indolencja Legii Warszawa w Finlandii. Wcześniej również nie zdumiała toporna gra Cracovii z Dunajską Stredą i w konsekwencji brak awansu.

Pół roku temu Wisła Kraków, teraz Ruch Chorzów. Na skraju przepaści w krótkim odstępie czasu stanęły dwa zasłużone polskie kluby. I o ile „Białą Gwiazdę” udało się odratować, o tyle wydaje się, że reanimacja „Niebieskich” w obecnym układzie się nie powiedzie. A w dodatku raczej nie ma większego sensu.

Jakoś tak to idzie, że im starszy jestem, tym coraz mniej ekscytują mnie pojedynki polskich drużyn w europejskich pucharach… Wróć – w repasażach do baraży przed eliminacjami do kwalifikacji europejskich pucharów. I tak wiadomo jak się skończą. Czy wy też tak macie?

No i wróciła. Jaka by ona nie była, jak wielkich eurowpierdoli byśmy nie zaliczali w pucharach, i tak będziemy na nią czekać. Bo jest nasza, swojska. Każdy z nas chciałby, żeby jej poziom był wyższy, żebyśmy mogli zachwycać się umiejętnościami zawodników, a nie je wyszydzać. Ale zawsze gwarantuje nam emocje i nieprzywidywalność. I za to ją kochamy.

Interesujące jest to jak my, piłkarze, trenerzy, dziennikarze i kibice lubimy tkwić we własnym – niezbyt smacznym i dobrze pachnącym – sosie. Dzięki temu nie dostrzegamy, że jako liga cofamy się w rozwoju, a z oddali machają nam coraz bardziej egzotyczne państwa.

Ogrywając wicemistrzów Gibraltaru, warszawska Legia przerwała fatalną (to eufemizm, gdyby ktoś nie wyczuł) passę polskich zespołów w eliminacjach europejskich Pucharów. Było to pierwsze zwycięstwo któregoś z rodzimych klubów po… jedenastu próbach bez powodzenia.

Nie palę fajek, alkohol piję tylko okazyjnie – a że okazje trafiają się często to inna sprawa! – i generalnie nie uważam się za człowieka oddanego nałogom. Ale jeden mam i wygląda na to, że póki co się go nie wyzbędę. Gry piłkarskie typu „fantasy”.

Nawet wtedy, gdy polskie zespoły notują niezłe wyniki w europejskich pucharach, musi znaleźć się czarna owca, która je przykryje. Legia nawet wysoką wygraną w rewanżu nie zmaże plamy z pierwszego meczu. To była kompromitacja. A co gorsza, to przecież znów na warszawski zespół najbardziej liczyliśmy w tej edycji.