var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia:

Prowadzi bloga o książkach sportowych i udało mu się wybić. Ze Stanowskim się nie zgadza. Piotr Stokłosa dla 2x45

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2014-12-26 10:54:49

Blog ksiazkisportowe.blogspot.com cieszy się coraz większym zainteresowaniem, a wydawcy liczą się z opiniami tam zawartymi. Postanowiliśmy porozmawiać z jego autorem Piotrem Stokłosą. Poruszamy wiele wątków dotyczących tego rynku. - Nie trzeba być skandalistą, żeby powstała świetna książka, co pokazuje autobiografia Andrei Pirlo. On opowiada wszystko bardzo szczerze i wyraziście. Jeżeli ktoś się tego boi, niech nie bierze się za pisanie, szkoda czasu - uważa Stokłosa w wywiadzie dla 2x45.info.

2x45.info: - Jesteś bez wątpienia jednym z największych ekspertów na temat książek sportowych w Polsce. Jak dziś oceniasz ten rynek - z naciskiem na pozycje piłkarskie?
Piotr Stokłosa (ksiazkisportowe.blogspot.com):
- Jest znacznie lepiej niż 5-6 lat temu. Dawniej mieliśmy może dwie lub trzy premiery miesięcznie, to już było nieźle. Teraz w jednym miesiącu mamy często kilkanaście nowych książek. W kwietniu tego roku było ich nawet ponad 20, z czego oczywiście większość dotyczyła piłki, która jest najpopularniejsza w Polsce, co ma bezpośrednie przełożenie na rynek książkowy. Kibice piłkarscy naprawdę nie mogą narzekać.

 - Kiedy twoim zdaniem nastąpił przełom i ten rynek ruszył z kopyta?
 - Wydaje mi się, że było nim pojawienie się wydawnictwa Sine Qua Non pod koniec 2010 roku, które wydaje obecnie zdecydowanie najwięcej pozycji piłkarskich. Najpierw była książka o Andresie Inieście, później Ryan Giggs i już poszło. Inne wydawnictwa zobaczyły, że takie tematy mają wzięcie wśród czytelników i podążyły w tym kierunku, mimo że wcześniej niemal zupełnie pomijały tematykę sportową. SQN pokazało, że można tu nieźle zarobić. Drugim przełomem moim zdaniem było Euro 2012, kiedy siłą rzeczy o piłce zaczęło się mówić więcej i zaroiło się o książek na ten temat. Wtedy wszystkie działania się zintensyfikowały.

 - A co powiesz na teorię, że dużo zrobiła tu książka "Spalony" o Andrzeju Iwanie, która okazała się bestsellerem na tle całego rynku i pokazała, że można tu osiągnąć prawdziwy sukces wydawniczy?
 - Być może. Ta książka ukazała się bodajże na początku 2012 roku, czyli też przed EURO, gdy zaczął się wspomniany boom. Każdy sukces sprzedażowy sprawia, że wydawcy zaczynają się interesować daną branżą. Większość wydawnictw jednak patrzy przez pryzmat czysto komercyjny, nie zajmuje się daną tematyką dla hobby czy ze względu na swoją tradycję. Przykład Iwana z pewnością był inspirujący dla innych piłkarzy czy byłych piłkarzy oraz dziennikarzy sportowych, którzy nabrali przekonania, że to może być dobra droga do hitu. Potem to ruszyło, w cenie najbardziej byli i są ludzie z burzliwą przeszłością jak Igor Sypniewski, mogący stworzyć podobne historie do Iwana. Inna sprawa, że "Kowal" Krzysztofa Stanowskiego też świetnie się sprzedał, a nie poszła za tym lawina. 

 - To było jednak dawno temu, wszystko jeszcze raczkowało.
 - Trudno do końca to zdefiniować, po prostu teraz powstała jakaś moda na tego typu książki. Pewnie każda kolejna taka pozycja będzie rodziła nowe pomysły.

 - Wiadomo, że każdy boom ma swoje granice i kiedyś musi dobić do szczytu. Kiedy twoim zdaniem nastąpi to w tej tematyce na polskim rynku?
 - Zastanawiałem się nad tym. Na razie mamy ciągle tendencję zwyżkową. W 2013 roku doliczyłem się prawie stu książek sportowych kierowanych do szerszego grona. W tym roku przekroczyliśmy już liczbę 120, czyli ciągle idziemy do przodu. Wcześniej nie zdarzały się takie miesiące jak wspomniany kwiecień, żeby pojawiło się ponad 20 premier. Wydaje mi się, że jeszcze przez kilka lat będzie panował boom. Z tego, co wiem trochę zakulisowo, wydawnictwa raczej się nie sparzyły, tylko wręcz przeciwnie - chcą jeszcze mocniej wejść na rynek. Zawsze trzeba jednak liczyć się z tym, że tak jak szybko ten trend powstał, tak szybko może się załamać. Zobaczymy. Jestem dobrej myśli.

 - Jak oceniłbyś proporcje książek dobrych do słabych, które niewiele wnoszą i często są niemal kopiami poprzednich? Mam tu na myśli zwłaszcza sporo cukierkowych biografii piłkarzy.
 - Na szczęście tych niezłych, dobrych i bardzo dobrych jest zdecydowanie więcej. Nawet te słabe wnoszą coś nowego, choć w mniejszym stopniu. Przy takiej ilości chłamu jednak też nie brakuje. W tym roku ukazało się kilka książek o Messim. Żadnej nie czytałem, ale według większości opinii, nie stoją na wysokim poziomie. Przed mundialem wyszły z kolei trzy pozycje o Neymarze, a tylko jedna była oficjalną biografią. Resztę pisali jacyś inni ludzie. Autobiografia zawsze ma u czytelnika pierwszeństwo, bo woli dowiadywać się o wszystkim z pierwszej ręki, bezpośrednio od zainteresowanego. Nie zastąpi tego nawet biografia pisana przez bardzo sprawnie posługującego się słowem autora. Jeżeli miałbym wskazać pewien minus rynku, to mała różnorodność. Dominują autobiografie i biografie, mało jest książek innego typu, na przykład reporterskich jak "Wielki Widzew" czy "Futebol" lub historycznych w stylu "Tora". Szkoda, bo przeważnie są bardzo interesujące i dobrze napisane. Ogólnie jednak rynek oferuje więcej ciekawej lektury niż chłamu.

 - A propos biografii. Widzisz sens w tym, że polski autor pisze książkę na temat Carlesa Puyola czy Gerarda Pique, z którymi nigdy nie rozmawiał? W najlepszym razie dostanie trochę źródeł od zagranicznych kolegów, ale zawsze będzie to przepisywanie innych rzeczy.
 - Jeżeli autor bierze się za pisanie, a wydawnictwo chce to wydać, jakiś sens istnieje. Obawiam się tylko, że w przypadku wspomnianych Puyola i Pique czytelników przyciągnęło samo nazwisko, jakość nie szła w parze. Jeśli ktoś ma ciekawy pomysł i potrafi z tego coś wycisnąć, nawet taka książka ma sens. Gorzej, gdy polega to tylko na przedstawieniu kariery zawodnika, opisywaniu jego meczów, cytowaniu innych piłkarzy. Wtedy nigdy nie będzie to miało szans w starciu z autobiografią, czy przynajmniej publikacją zawierającą kilka rozmów z bohaterem książki. Sprzed komputera, bez ruszania się z domu, bardzo trudno stworzyć coś interesującego. Trzeba mieć naprawdę oryginalny pomysł, większość nie ma. Powątpiewam w sens tworzenia takich rzeczy, zwłaszcza jeśli piłkarz jeszcze nie zakończył kariery. Tutaj jednak cel jest prosty: są to książki, które mają się dobrze sprzedać przez nazwisko i trafić do konkretnego grona - w tym przypadku polskich kibiców Barcelony. Skoro ciągle mamy takie książki, pewnie ktoś to kupuje. 

 - Masz jakiś przepis na dobrą autobiografię lub biografię?
 - Na naszym rodzimym przykładzie widać, że najlepiej jeśli główny bohater pił, palił i przehulał karierę, wtedy jest najwięcej ciekawych historii. Lubimy czytać o skandalistach, niegrzecznych chłopcach, którzy po treningu nie wracali prosto do domu i nie pili tylko soków. Ostatni sukces "Zasypanego" to kolejny dowód. Niebanalna historia to podstawa, bez tego nie ma bestselleru. Barwna postać w zasadzie gwarantuje sukces jeszcze przed premierą. 

 - Kluczem jest też chyba duża szczerość, konkretne opinie, czasami wsadzenie kija w mrowisko.
 - Na pewno nie trzeba być skandalistą, żeby powstała świetna książka, co pokazuje  autobiografia Andrei Pirlo. On opowiada wszystko bardzo szczerze i wyraziście, nie boi się trudnych i kontrowersyjnych tematów. Jeżeli piłkarz ma takie opory, woli bardziej wygładzać niż uwypuklać, a niewygodne kwestie najlepiej by pominął, to nie ma sensu zabierać się za pisanie. Janusz Wójcik odgrażał się, że wszystko w swojej książce zdradzi, będzie bomba, ale tak naprawdę niczego nowego się nie dowiadujemy. Gdy dochodzi do tematu korupcji i trzeba podać jakieś nazwisko, odkryć fakty, Wójcik nabiera wody w usta. Mamy tylko "ktoś", "gdzieś", "kiedyś". Były selekcjoner zapowiada, że w następnej książce dowiemy się więcej. Zobaczymy. W każdym razie, szczerość to podstawa w autobiografiach. 

 - Krótko mówiąc, trzeba zdradzać kulisy.
 - Dokładnie. Czytelnik chce zajrzeć za kotarę, do której na co dzień nie ma dostępu.

 - Jak reagujesz na wulgaryzmy w książkach sportowych? U Wójcika było ich zatrzęsienie.
 - Dziś częściej są niż ich nie ma, w zasadzie przestałem już zwracać na nie uwagę. Nasz język jest coraz bardziej potoczny, przekleństw nigdy w nim nie brakowało i chyba mało kto jest zdziwiony, zwłaszcza w kontekście sportowego światka. Kto choć raz był w szatni piłkarskiej, wie, że nie używa się tam kwiecistych słów i poprawnej polszczyzny. Wulgaryzmy po części uwiarygodniają taką książkę, sprawia ona wtedy wrażenie bardziej szczerej i autentycznej. Gdyby u Wójcika nie było "łaciny", brzmiałoby to nienaturalnie. Wszyscy wiemy, z jakim językiem kojarzony jest ten trener, zwłaszcza po słynnym meczu Widzewa i wyczynach Bartosza Fabiniaka.

 - Osobny problem to tłumaczenia książek zagranicznych. Wiele można tutaj popsuć, przykładem pierwsza biografia Jose Mourinho.
 - To dość częsty zarzut dziennikarzy. Gdy czytali coś w oryginale, byli zachwyceni, a polska wersja wyglądała znacznie słabiej. Najgorzej, gdy za tłumaczenie zabierały się osoby nieobeznane z nomenklaturą piłkarską, co doprowadzało czasem do kuriozalnych fragmentów. Tyle dobrze, że wydawnictwa się uczą i starają się nie powtarzać błędów, poziom tłumaczeń jest coraz wyższy. Przy dużej konkurencji liczą się detale - choćby recenzje. Recenzenci na przekład często zwracają uwagę i wytykają wpadki. Ciągle jednak zdarzają się książki kiepsko przetłumaczone.

 - To właśnie recenzje są domeną twojego bloga. Zdarzało się, że wydawnictwo lub autor zgłaszali się z pretensjami po krytycznej opinii?
 - Nie pamiętam, żeby doszło do takiej sytuacji. Raz zgłosił się do mnie tłumacz, ale chodziło o książkę dotyczącą biegania. Stwierdził, że zbyt ostro go potraktowałem i przyczepiłem się do jednego wyrazu, którego w mowie rzadko się używa. Skończyło się sympatycznie i może faktycznie lekko przesadziłem. Ogólnie jednak większych spięć nie było. Oczywiście nikt nie jest zadowolony z krytyki w recenzji. Nieraz wysyłam je też wydawnictwom, które dziękowały za wskazane błędy i przekazywały opinie odpowiednim osobom, żeby wyciągnęły wnioski. Fajna postawa, bo pokazuje, że nie liczy się tylko wydanie i sprzedanie książki.

 - Ile książek posiadasz dziś w kolekcji?
 - Ostatnio liczyłem, wyszło ponad 600. Mam regał, który ze szwagrem skonstruowaliśmy jakiś czas temu, ale miejsca zaczyna brakować. Nawet szczeliny mi się skończyły (śmiech). Trzeba pomyśleć nad kolejnym meblem.

 - Kiedy i od czego zaczęło się ich zbieranie?
 - Na dziesiąte czy jedenaste urodziny dostałem "Futbol na tak" Jerzego Engela. Dziś ta książka nie cieszy się zbyt dobrą opinią wśród kibiców, ale właśnie ją przeczytałem jako pierwszą. Mocno kibicowałem reprezentacji, gdy awansowała na MŚ 2002, wtedy dla młodego chłopaka Engel był jak guru. Potem kupowałem lub dostawałem kolejne książki i pasja zaczęła się rozwijać. W 2007 roku stworzyłem stronę internetową, a później bloga. Długo zastanawiałem się nad tematyką. Postawiłem na książki sportowe i po pewnym czasie blog zyskał sporą popularności.

 - Masz jakieś perełki w zbiorach, dla których jest szczególne miejsce?
 - Mam, ale z piłkarskich chyba nie. Za to co chwila o jakichś perełkach się dowiaduję. W temacie sędziów ktoś w komentarzu wspomniał, że kiedyś ukazała się książka Alojzego Jarguza. Pojawiła się tylko lokalnie, nawet w internecie informacja ograniczała się do tytułu i wydawnictwa. Są do zdobycia takie rzadkości, parę posiadam. Na przykład biografię tego pierwszego, prawdziwego Ronaldo napisaną przez Wensleya Clarksona. Czasami jest dostępna na Allegro, ale kosztuje ponad 80 zł.

 - Aby napisać tyle recenzji, trzeba dużo czasu poświęcić na czytanie. Zarabiasz coś na blogu, czy to wciąż jedynie hobby?
 - Wciąż robię to hobbystycznie. Nie zastanawiałem się jeszcze, jak mógłbym spieniężyć moje zainteresowania. Pewne rozmowy czy oferty zaczęły się pojawiać, ale bardziej są związane z  rynkiem niż samym blogiem. Jak widać, również w ten sposób można się wybić i stać rozpoznawalnym wśród wydawców. Może w przyszłości przełoży się to na coś ciekawszego.

 - Kto dziś w Polsce dzieli między siebie tort na rynku książek sportowych?
 - Zdecydowanym liderem jest SQN, wydaje najwięcej pozycji. W 2013 roku mieli 21 premier, drugi Buchmann zaledwie osiem. Reszta wydawnictw to 3-5 książek. W tym roku też już można zrobić podsumowanie, bo na grudzień niczego nie planowano. SQN wydało 23 premiery (12 piłkarskich), ale mocno goni Grupa Wydawnicza Foksal - 16 nowości, z czego 11 o piłce. To połączone siły Buchmanna i Ole. Wcześniej mieli tylko o piłce, teraz jeszcze wydali Dariusza Michalczewskiego, były książki o Michaelu Schumacherze i Jerzym Kuleju czy nawet triatlonie. Rozszerzają ofertę. Dalej jest Amber i GiA z pięcioma premierami, Rebis z czterema i Kopalnia z trzema. Amber i Kopalnia to nowi gracze na tym rynku. Ci drudzy wydali "Futebol" i "Tora", czyli nie mają się czego wstydzić.

 - Pięć najlepszych twoim zdaniem książek piłkarskich w 2014 roku?
 - Wymienię w kolejności przypadkowej: "Kopalnia. Sztuka futbolu", "Futebol", "Herr Guardiola", "Ja, kibic" i autobiografia Pirlo.

 - Ostatnio Krzysztof Stanowski wywołał dużo kontrowersji stwierdzeniem, że dziennikarze są frajerami za darmo recenzując książki czy wspominając o nich na Twitterze. Ty się z tym nie zgadzasz.
 - Rozumiem punkt widzenia Stanowskiego, bo pod względem ekonomicznym lepiej jest nie wrzucać za darmo fotografii otrzymanych książek, licząc na to, że to zmusi wydawnictwa do wykupienia reklamy na przykład na portalu Weszło, który ma bardzo duży zasięg. Dla kogoś, kto chce zmaksymalizować zyski, jest to jak najbardziej oczywiste. Nie sądzę jednak, żeby w imię własnego interesu można było tak bezpardonowo atakować kolegów po fachu. Nie to poruszyło mnie jednak najbardziej, bo przecież każdy może mieć swoje zdanie, nawet jeśli wyraża je zbyt dosadnie. Najbardziej w całej sprawie zbulwersowała mnie wypowiedź, że dziennikarze mogliby brać pieniądze za tweety ze zdjęciem książek, nie informując jednocześnie odbiorców, że to wpis sponsorowany. To moim zdaniem uderzałoby w ich wiarygodność, stwarzało wrażenie nieszczerości. Dziennikarze i reklama, zwłaszcza ukryta, to bardzo grząski grunt. Wydaje mi się jednak, że Krzysztof Stanowski i tak osiągnął swój cel. Przez to całe zamieszanie dziennikarze zastanowią się teraz dziesięć razy przed umieszczeniem jakiegoś zdjęcia książki i o to chyba w tym wszystkim chodziło.

 - Faktem jest jednak, że wydawcy książek sportowych praktycznie nie wydają pieniędzy na reklamę.
 - Pewnie jakieś tam środki na to przekazują, chociażby na katalog Empiku, ale większość działań marketingowych prowadzą w internecie, faktycznie nie płacąc wtedy za reklamę na portalach czy w mediach społecznościowych. Jak widać, to wystarcza im, żeby dotrzeć do odbiorców. Myślę, że wynika to przede wszystkim z ogromnych możliwości, jakie daje internet. Kto potrafi to wykorzystać, nie musi przeznaczać wielkich środków na reklamę. Zresztą każda nowoczesna firma ma teraz własne kanały dystrybucji i właściwie nie potrzebuje tradycyjnych mediów. Dobrze to widać na przykładzie polskich raperów. Ich płyty bardzo często goszczą na OLIS-ie, gdzie zarabiają na ciuchach i taka promocja wystarcza, żeby grali po kilkadziesiąt koncertów rocznie przy wypełnionych salach. Nie potrzebują radia, telewizji, prasy czy nawet portali internetowych. Wystarczają im internetowe kanały promocji, które sami stworzyli. 

 - To już trend nie do odwrócenia?
 - Na pewno się to zmieni, tak jak wszystko wokół nas się zmienia. Dynamiczny rozwój technologiczny wpływa na wszystko, także na rynek reklamy. Jak to jednak będzie wyglądało za kilka czy kilkanaście lat - nie mam pojęcia.

 


2x45 na
    2x45 na  

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się