var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Lori Wanadzor

Danny El-Hage dla 2x45: W II lidze dziwnie spoglądali na to, że przychodzę z innej części świata. To złe podejście

Autor: rozmawiał Maciej Golec
2020-12-06 09:00:58

Urodził się we Wrocławiu, wychowywał w Libanie, a obecnie mieszka w Polsce. Danny El-Hage, 26-letni bramkarz ostatnio grający na Islandii opowiada nam między innymi o tym, co spowodowało, że nie podpisał kontraktu w II lidze polskiej, ile zarabiają piłkarze w Libanie, jak wspomina wybuch w Bejrucie i dlaczego kluby z Islandii pozwały tamtejszy związek piłki nożnej do sądu. Zapraszamy!

Polacy pewnie będą zdawać sobie pytanie kim ty w ogóle jesteś. A więc kim?

Nazywam się Danny El-Hage, jestem 26-letnim bramkarzem - pół Polakiem, pół Libańczykiem i gram obecnie na Islandii.

Skąd pochodzą twoi rodzice?

Mój tata jest Libańczykiem. Za młodu studiował inżynierię w Warszawie i tam się poznał z mamą, Polką. Najpierw na świat przyszedł mój brat, potem ja i gdy byłem malutki, wyjechaliśmy do Libanu.

A jak mama odnalazła się w tej zupełnie innej kulturze?

Jeśli mówimy o krajach arabskich, akurat Liban jest dość otwarty i tym się wyróżnia na tle innych. Nawet powiedziałbym, że jest w pewnym sensie upodobniony do zachodu. Na początku było trudno, ale z czasem się przyzwyczaiła.

Bardzo dobrze mówisz po polsku. Wychowywałeś się tylko w Libanie, czy też w Polsce?

Można powiedzieć, że trochę tu i trochę tam, ale najpierw mieszkaliśmy w Libanie. A to, że dobrze znam język jest związane głównie z tym, że w domu bardzo dużo mówiliśmy po polsku niezależnie od tego czy byliśmy akurat w Libanie, czy w Polsce. Również mój tata, który naprawdę świetnie operuje tym językiem. Generalnie, u nas w domu zawsze była obecna Polska. Obchodzilliśmy wszystkir święta takie, jak Boże Narodzenie, czy Wielkanoc, a w telewizji polskie kanały lecą 24 godziny na dobę, więc jestem ze wszystkim na bieżąco!

Z piłką nożną też?

Oczywiście! Kiedyś oglądałem LaLige, głównie ze względu na Barcelonę, ale potem przerzuciłem się na Premier League. Nie mam żadnej ulubionej drużyny, ale jestem fanem totalnym - wszystkie mecze jeden po drugim, do tego Fantasy...

Kto na kapitanie?

Może to dość dziwne, ale Vardy [rozmowa z 27.11 - przyp. red.]. Grają z Fulham, więc powinno pójść dobrze. Czekaj, sprawdzę, które miejsce zajmuję... 1800. w rankingu na Polskę. A to i tak nic, dwa lub trzy tygodnie temu byłem 144. Strasznie się cieszyłem, ale cóż, nie trwało to zbyt długo (śmiech).

Zdarza się, że oglądasz polską ligę?

Rzadko. Kiedyś się zdarzało, gdy jakiś mecz leciał na TVP, sporadycznie też na Canal+, ale tylko raz na jakiś czas. Gdy z kuzynem byłem w Polsce, to od czasu do czasu chodziliśmy na Legię przy Łazienkowskiej, więc trochę się orientuję, jednak bardziej śledzę zagraniczny rynek transferowy.

Któryś z twoich klubów dałby radę pokonać Legię tak, jak na przykład Dudelange?

Myślę, że w Lori na spokojnie byśmy osiągnęli fajne wyniki z klubami z polskiej ekstraklasy. Gdy byłem w Armenii, Cracovia przegrała sparing z Pyunikiem 0:1, więc myślę, że ten poziom jest dość wyrównany. Polska ma to do siebie, że imponuje infrastrukturą stadionową, coraz więcej piłkarzy jest przeznaczanych na eksport, ale jeśli chodzi o poziom stricte piłkarski, czołowe kluby ormiańskie aż tak bardzo nie odstają od polskich. Oczywiście, trudno to porównywać, ale moim zdaniem, jeśli kluby z obu krajów by się ze sobą spotkały, walka byłaby bardzo zacięta.

Pamiętam też, że gdy byłem w Lori, Pyunik grał na wyjeździe z Wolverhampton w Lidze Europy. I o ile pierwsza połowa wyglądała jeszcze jako tako, tak druga to była totalna katastrofa. Trzy gole w 10 minut, skończyło się na 4:0 i 8:0 w dwumeczu. Z polskimi zespołami takiej różnicy by nie było.

Arkadiusz Stelmach informował, że po twoim epizodzie w Armenii pojawił się też temat transferu do Polski, ale nie wyszło. Dlaczego?

Mogłem trafić do jednego z klubów II ligi. Toczyły się rozmowy, ale oni nie byli do końca zdecydowani. Chyba nie wiedzieli, czego tak naprawdę chcieli, mieli też swoje kłopoty finansowe. Co więcej, widziałem, że dziwnie spoglądali na to, że przychodzi do nich piłkarz z egzotycznych zakątków świata. Myślę, że to niepoprawne podejście, mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. 

W Polsce ciężko jest znaleźć zespół choćby przez program Pro Junior System, co tyczy się zwłaszcza mojej pozycji, bo kluby często decydują się właśnie tam wystawiać młodzieżowca. Między innymi dlatego, ale też z powodu uprzedzeń, o których mówiłem wcześniej, moja kariera trochę omija Polskę. 

Czujesz się bardziej Polakiem niż Libańczykiem?

Tak. Od momentu, w którym się usamodzielniłem, mieszkam w Polsce, a konkretniej w Sokołowie Podlaskim. Mam tam rodzinę - babcię i wszystkie ciotki od strony mamy. Do Polski jestem przywiązany. Traktuję ją trochę jak bazę, do której po sezonie zawsze wracam, w której odpoczywam i przygotowuję się do kolejnych rozgrywek.  Z kolei moi rodzice cały czas pozostają w Libanie. Akurat niedawno skończył się sezon, więc przyjechałem w odwiedziny, bo nie widzieliśmy się jakieś 2,5 roku. 

 

 

Jak teraz wygląda sytuacja? Jest spokojnie?

Tak, jak najbardziej. Jedyne co jest odczuwalne, to efekt pandemii. Wcześniej nie wprowadzono żadnych obostrzeń, dopiero od dwóch tygodni jest coś na wzór lockdownu. Tylko że, poza mniej ważnymi biznesami, nie obowiązuje przez cały dzień, bo prawie wszystko działa normalnie od 5:00 rano do 17:00. Dopiero potem wszyscy wracają do domów.

Jak byś to porównał do tego, co dzieje się w Polsce?

Myślę, że jest podobnie, ale naród libański podchodzi do wszystkiego bardziej luzacko. W Polsce przeważnie przestrzega się reguł, a w Libanie, mimo że zasady zachowania dystansu, czy noszenia maseczek również są, to niewiele osób trzyma się ich strasznie rygorystycznie. 

Zanim się wyprowadziłeś, w jakim rejonie Libanu mieszkaliście?

Rejon stołeczny. Około 10-15 minut od Bejrutu.

Tam po raz pierwszy zainteresowałeś się piłką?

Tak, zaczęło się od tego, że mój starszy o 4 lata brat stawiał mnie na bramce, żebym bronił jego strzały. Chyba już wtedy pozycja bramkarza była mi przeznaczona. Ale oprócz tego w szkole były zajęcia sportowe, na których można było wybrać gimnastykę, rękodzieło albo właśnie piłkę nożną, więc razem z kolegami zawsze wybieraliśmy tę ostatnią opcję, dzięki czemu jeździliśmy też na różne turnieje międzyszkolne. 

Potem poszło to dość naturalnie, jak wszędzie - z kolegami i z rodzeństwem często wychodziliśmy na boisko, a ja - oczywiście - stawałem na bramce. Z biegiem czasu z podwórka przeniosłem się do lokalnej drużyny. Na jeden z turniejów zaproszono ówczesnego mistrza Libanu, Al-Ahed, by zagrał mecz na otwarciu. Akurat tak się złożyło, że wystąpiłem w przeciwnej drużynie i zaprezentowałem się na tyle dobrze, że potem zaproszono mnie do nich na testy. Dzięki temu zacząłem swoją profesjonalną przygodę z piłką. 

W Polsce za dzieciaka jeszcze kilka/kilkanaście lat temu grało się głównie na trzepakach, betonie. A tam?

Różnie bywało. Na piachu, betonie, czyli krótko mówiąc - gdzie się dało. Jak bywaliśmy w Polsce, to również się zdarzało, że kopaliśmy po trzepakach koło domu, ale też na orliku, jeśli udało się jakiś znaleźć. Z tym, że to już w późniejszych czasach, nie tak dawno temu.

W Libanie są orliki?

Teraz już tak, są bardzo powszechne, ale wcześniej standardem były właśnie boiska od betonowych po piaszczyste i najczęściej na nich się grało.

Jaką rolę w Libanie odgrywa sport? 

Myślę, że może być czymś w rodzaju odskoczni od życia codziennego. Nie ma dnia, żeby dzieciaki oraz starsi nie grali w piłkę, to jest normalność. Tak jak w Polsce popularne jest umówienie się na piwo z kolegami, tak w Libanie grupka ludzi się skrzykuje i idzie na mecz. Można zarezerwować mniejsze boisko (tzw. minifutbol) i faktycznie jest to dość częste. Nawet pomimo tego, że Liban jest azjatycką potęgą w koszykówce i to raczej ta dyscyplina jest najpopularniejsza w kraju.

Pamiętasz 2006 rok, kiedy podczas konfliktu z Izraelem zginęło ponad 1000 libańskich cywilów?

To akurat było w wakacje, byliśmy z całą rodziną w Libanie. Po dziewięciu dniach ambasada polska zorganizowała transport, którym wróciliśmy do Polski.

Czyli doprecyzujmy - uciekliście przed tym konfliktem?

Można tak powiedzieć. Każdy konflikt wpływa negatywnie na kraj. Cierpimy politycznie, ekonomicznie, przez co sport też dostaje rykoszetem, bo są przecież dużo ważniejsze rzeczy do uregulowania niż pika nożna. Wobec tego została ona odsunięta na dalszy plan. Na przykład infrastruktura pozostawia wiele do życzenia.

Co masz na myśli?

W libańskiej ekstraklasie starają się podchodzić do tego profesjonalnie, ale często jest tak, że nie dbają o murawę i widać to szczególnie, gdy gra reprezentacja. Z tego też powodu większość klubów instaluje sztuczną nawierzchnie. Brakuje osób do utrzymywania obiektów w dobrym stanie - kiedyś podczas derbów Bejrutu kibice zniszczyli krzesełka i minęła kupa czasu, zanim krokolwiek je wymienił. 

Rozgrywki ligowe w Libanie można nazwać półamatorskimi?

Jeśli mówimy o libańskiej ekstraklasie, to myślę, że od dobrej dekady, a może i dłużej, jest to już poziom profesjonalny. W ubiegłym roku Al-Ahed zdobył mistrzostwo Azji (AFC), czyli coś na wzór Ligi Europy, co było naprawdę dużym osiągnięciem. Sponsorzy wpompowują w piłkę spore pieniądze, dzięki czemu ta profesjonalizacja postępuje. O ile drugi szczebel można nazwać półamatorskim, to pierwszy już nie.

W "Magazynie Lig Egzotycznych" pojawiła się informacja, że początkujący piłkarze zarabiają tam ok. 5 tysięcy dolarów rocznie, a ci przeciętni ok. 15-16 tysięcy. Aktualne?

Rozbieżność jest wielka, jak w każdej lidze. Wiem, że niektórzy - nawet moi znajomi - zarabiają po 300 tysięcy dolarów rocznie, a z kolei ci, którzy przychodzą z drużyn młodzieżowych, podpisujący pierwsze kontrakty, dostają tych pieniędzy nieporównywalnie mniej. Ale jeśli ktoś ma renomę i wyrobi sobie nazwisko to można dobrze zarobić.

(źródło: Lori Wanadzor)

Czyli nie musiałeś pracować dodatkowo, żeby się utrzymać?

Nie, od początku zająłem się piłką na poważnie i temu się poświęcałem. Miałem też trochę szczęścia, że na pierwszym etapie kariery trafiłem do Al-Ahed, które w wyszkoleniu piłkarskim i szeroko pojętym profesjonalizmie jest najlepsze w kraju. Ma najlepszych piłkarzy, co naturalnie wiąże się z tym, że sytuacja finansowa jest tam bardziej komfortowa niż w innych klubach.

Mówisz, że od początku zająłeś się piłką. A myślałeś o planie B w razie, gdyby nie wyszło?

Tak, gdy byłem w Libanie miałem możliwość studiować Inżynierię. Na uczelni co prawda rzadko bywałem, ale udało się skończyć (śmiech). Na szczęście wszyscy profesorowie byli bardzo przyjaźni i pomocni, bo wiedzieli, że na co dzień gram w klubie, wtedy też jeździłem na reprezentację. Bardzo to doceniam.

W tym samym programie padło stwierdzenie, że bycie kibicem danego klubu bardzo zależy od wiary. W przypadku piłkarzy jest tak samo? Jeśli jesteś chrześcijaninem, nie możesz grać w szyickim klubie?

Oczywiście, że możesz, nie wiem skąd się wziął ten pomysł. W Libanie wszystkie religie dobrze współżyją i nikt nie patrzy, jakiego jest wyznania. Tak samo z kibicami. Wśród kibiców wielu klubów jest mieszanka wiary i tak jak mówiłem wcześniej - idziemy teraz bardziej w stronę zachodu, więc te różnice z czasem zanikają.

Powołanie do reprezentacji uznajesz za sukces?

Myślę, że tak, zwłaszcza, że wtedy byłem dość młody. Duma z reprezentowania swojego kraju zawsze jest wielka, a ja jeszcze na dodatek jestem w sytuacji, w której mam te kraje dwa. Wolałbym zagrać dla Polski, ale wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja, jeśli chodzi o polskich bramkarzy. Wiedziałem i wiem, że to raczej nierealne, dlatego też bardzo się cieszyłem, kiedy przyjechałem na zgrupowanie reprezentacji Libanu.

A w przeszłości nie myślałeś o tym, żeby "przedstawić się" młodzieżowym reprezentacjom Polski?

Kiedyś PZPN stworzył program dla piłkarzy z korzeniami polskimi z całego świata. Żeby się zgłosić trzeba było stworzyć swój profil, napisać szczegóły o sobie i pamiętam, że wysłałem podanie. PZPN ma mnie cały czas w swojej bazie danych, więc cierpliwie czekam na odzew (śmiech).

Dlaczego wyjechałeś z Libanu?

Zawsze wiedziałem, jakie mam umiejętności i możliwości piłkarskie, więc po prostu chciałem dalej rozwijać swoją karierę. Mogłem też o rok przedłużyć kontrakt w Al-Ahly, ale menadżer powiedział, że jesteśmy blisko dogadania się z FK Jelgava z łotewskiej Ekstraklasy. Ostatecznie jednak wynikło jakieś nieporozumienie w strukturach klubu i transfer nie wypalił. 

Potem pojawiła się opcja na drugim szczeblu rozgrywkowym w Rumunii, ale też nie wyszło. Czekałem więc w Polsce aż coś się wydarzy i przyszła oferta z IV ligi szwedzkiej, czyli szczebel taki, jak III liga w Polsce. Zgodziłem się tylko ze względu na możliwość powrotu do rytmu meczowego i reżimu treningowego, nie chciałem stać w miejscu. Jednocześnie wiedziałem, że to tylko opcja tymczasowa dopóki nie znajdzie się nic ciekawszego.

Mówiłeś, że w Libanie bez problemu dało się wyżyć z piłki, a czy w IV lidze szwedzkiej też tak było? Trudno mi to sobie wyobrazić.

Tak jak mówiłem, Szwecja była planem ratunkowym. Ja i jeden Rumun zostaliśmy ściągnięci jako wzmocnienia, mieliśmy pomagać lokalnym chłopakom, dzielić się swoim doświadczeniem, więc płacili nam całkiem w porządku, normalnie mogliśmy z tego wyżyć.

Jestem trochę zaskoczony, bo polskie realia w niższych ligach nie zawsze są tak kolorowe. 

Tamtejsi lokalni zawodnicy albo dostawali bardzo małe pieniądze, albo nie mieli ich wcale i grali tylko hobbystycznie. Nas z kolei ściągnęli, żebyśmy, kolokwialnie mówiąc, dali push drużynie. Celem był awans, koniec końców niestety się nie udało, tylko że ja odszedłem jeszcze przed końcem sezonu.

Który klub z tych zagranicznych wspominasz najlepiej?

W Armenii było bardzo fajnie. Mieliśmy sztab ludzi pochodzący z Hiszpanii, więc dużo się nauczyłem pod względem taktycznym. Trener wymagał od bramkarzy bardzo dokładnej gry nogami i rozgrywania piłki od tyłu, dzięki czemu uważam, że się rozwinąłem pod tym względem. W ogóle, jeśli chodzi o Armenię, coraz częściej się zdarza, że przyjeżdżają tam specjaliści trenerscy zza granicy, myślę, że to dobra droga.

Bardzo dobrze wspominam też ostatnią przygodę na Islandii. Niesamowite krajobrazy, które trzeba zobaczyć na własne oczy, organizację w klubie, a jeśli chodzi o względy sportowe...

Spadliście z ligi.

Tak, ale tylko przez różnicę bramek, trzy ostatnie drużyny miały tyle samo punktów. Problem w tym, że na początku października, na dwie kolejki przed końcem sezonu, liga została zawieszona ze względu na wprowadzone obostrzenia. Terminarz był już tak napięty, że nie dało się wszystkich meczów skończyć w takim terminie, co zawsze, czyli przed końcem października.

Warunkiem do dokończenia rozgrywek było zniesieniem restrykcji do 3 listopada, bo później pogoda na Islandii już nie pozwoliłaby na grę. Skończyło się na tym, że KSI (Islandzki Związek Piłki Nożnej) przez mrozy rozgrywek już nie wznowił i za końcowe wyniki uznano te dotychczas obowiązujące.  

Decyzja była konsultowana z klubami?

Kluby chciały grać. Niektóre z nich, na przykład KR Reykjavik, które mogło powalczyć o awans do eliminacji do Ligi Europy, czy Fram Reykjavik, które nie awansowało do ekstraklasy tylko przez niekorzystny bilans, odwołały się od decyzji, a nawet podały Islandzki Związek Piłki Nożnej do sądu. Decyzja jednak pozostała niezmienna, a postępowania chyba wciąż są w toku.

Na Islandii grałeś z innym Polakiem, Arkadiuszem Grzelakiem.

Fakt, z kapitanem. Tylko Arek jest już prawie Islandczykiem. Wyjechał tam z rodziną, gdy miał 4 lata, mówi super po islandzku, ma też tamtejsze obywatelstwo.

Czyli po polsku się z nim nie dogadałeś?

Dogadałem! Mówi trochę gorzej niż ja, ale dało się porozmawiać (śmiech).

Gdy nastąpił wybuch w Bejrucie, byłeś na Islandii?

Tak. Gdy obejrzałem filmik w Internecie byłem w szoku. Na początku widziałem strasznie dużo dymu i byłem pewny, że to tyle. Już i tak wyglądało strasznie. No ale potem nastąpił ten wybuch... Co więcej powiedzieć, szok. Szybko napisałem do rodziców, którzy byli na miejscu i na szczęście nic im się nie stało. "Tylko" usłyszeli straszny huk, ziemia się zatrzęsła, ale na szczęście obyło się bez szkód.

Przypomnij, jak daleko Bejrutu mieszkaliście?

Około 25 kilometrów. 10-15 minut samochodem.

Twój kolega z drużyny Mohamed Atwi zginął w tym wybuchu.

On przeszedł do Al-Alhy akurat po tym, jak ja odszedłem, więc nie było nam dane razem zagrać, ale kilka razy występowaliśmy przeciw sobie. Może nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, ale znaliśmy się, kojarzyliśmy z boisk. 

Twoja umowa z Leiknir już wygasła, tak?

Tak, w październiku. Wcześniej była jeszcze przedłużona z powodu koronawirusa. Mam opcję powrotu do Leiknir, ale skorzystam z niej już w ostateczności, bo myślę, że fajnie się tam pokazałem i jakieś zainteresowanie z innych klubów powinno się pojawić. Nie chciałbym grać ligę niżej.

Na teraz masz jakieś oferty? 

Nie chcę zdradzać całości, ale mój menadżer pracuje nad transferem do innego klubu z Islandii i mam nadzieję, że wypali. Co nie znaczy, że jestem zamknięty na inne kraje, nic z tych rzeczy. Zawsze myślałem o tym, że fajnie by było pograć w Polsce, więc jeśli nadarzy się okazja - czemu nie. Aczkolwiek względy, o których mówiłem wcześniej, mogą to utrudnić. Mimo to nie żałuję żadnej decyzji w mojej karierze. Jestem bardzo zadowolony, małymi kroczkami idę do przodu, byle by tylko zdrowie dopisywało.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się