Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images
$banner.

Normalny chłopak, który zaczynał w A-klasie, a dziś zdobywa trofea z Arką Gdynia. Marcin Warcholak dla 2x45

Autor: rozmawiał Norbert Skórzewski
2017-09-14 18:31:26

Spotkanie z Marcinem Warcholakiem przede wszystkim potwierdziło opinie, jakie udało się o nim zebrać. Ludzie opisywali go w jednakowy sposób: normalny. Tylko tyle i aż tyle. Przeszedł w swoim życiu długą drogę, aby dziś regularnie występować na boiskach Ekstraklasy i święcić z Arką sukcesy. Zaczynał od A-klasy i zaliczył każdy szczebel rozgrywkowy w naszym kraju. Zdarzyło mu się nawet, jako lewemu obrońcy, strzelić 15 goli w jednym sezonie. Mając prawie 27 lat zadebiutował w najwyższej lidze, a już rok później mógł się pochwalić Pucharem i Superpucharem Polski oraz przygodą w europejskich pucharach. www.2x45.info rozmawiało z nim dzień po wygranej z Wisłą Kraków i kilka dni po tym, jak został ojcem. Tematów nie zabrakło. Polecamy!

Norbert Skórzewski (www.2x45.info): - Znasz wynik ostatniego meczu Korony Wschowa?
Marcin Warcholak:
- Wyniku ostatniego meczu nie znam, mam teraz dużo rzeczy na głowie, kilka dni temu moja żona rodziła, więc nie jestem na bieżąco. Jakiś czas temu zerknąłem jednak na tabelę. Słabo im idzie – przegrali chyba trzy mecze z rzędu.

- Ostatnio 2:4 z Unią Kunice. Śledzisz poczynania klubu, w którym zaczynałeś grać w piłkę?
- Rzadko, ale zdarza się. We Wschowie się wychowywałem i tam zaczynałem swoją przygodę z piłkę. Początki są najważniejsze. Grałem w trampkarzach i juniorach młodszych, ale szybko wyjechałem. Miło wspominam ten czas. Nadal zachowuję kontakty z kilkoma chłopakami. Wczoraj na przykład (rozmawialiśmy dzień po meczu z Wisłą Kraków – przyp. NS) na meczu odwiedził mnie kolega ze swoją dziewczyną. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy, nawiązaliśmy do starych dobrych czasów. Czasami dobrze wrócić do przeszłości, bo wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, gdzie był kiedyś, a gdzie jest teraz. Dzięki temu zamiast wybrzydzać, jeszcze bardziej doceniam, że gram w Ekstraklasie. Wiem, ile mnie to kosztowało.

- Zaraz po skończeniu gimnazjum przeszedłeś do Polonii Słubice. Jak w tak młodym wieku odnalazłeś się poza domem?
- Nie miałem problemu z aklimatyzacją. Jestem chłopakiem, który lubi podróżować, więc tym bardziej odległość zaledwie dwustu kilometrów zbytnio mi nie przeszkadzała. Miałem blisko do rodziny, zachowywałem z nią kontakt – nie było problemu. W Słubicach spędziłem cztery lata. Skończyłem szkołę i przede wszystkim dobrze się tam czułem.

- Podchodziłeś wtedy do piłki w pełni profesjonalnie?
- Kiedy zdecydowałem się na wyjazd do Słubic, powiedziałem sobie, że muszę zagrać minimum w I lidze. Postawiłem sobie jakiś konkretny cel i dążyłem, by go osiągnąć. Dziś wielu piłkarzy myśli od razu o wielkich europejskich klubach, a ja podchodziłem do tego wszystkiego spokojnie. Chciałem krok po kroku piąć się ku górze. W Słubicach była wtedy stara III liga. Założyłem sobie, że za rok-dwa trafię do seniorów i spróbuję wypromować się wyżej. Tak się stało. Dostawałem swoje szanse, początkowo w małym wymiarze czasowym, pojawiły się wypożyczenia do innych klubów, ale pobyt w Słubicach dał mi bardzo wiele.

- Układałeś sobie w głowie jakiś plan B?
- Postawiłem wszystko na piłkę. Oczywiście skończyłem też szkołę, mam wykształcenie średnie, w razie czego miałem alternatywę, ale od początku nastawiałem się na zostanie piłkarzem.

- Po Słubicy grałeś w Kostrzynie, Rzepinie, a potem trafiłeś do II- ligowego Gryfa Wejherowo.
- Wejherowo było już wyraźnym znakiem, że to wszystko, co sobie założyłem, idzie w dobrym kierunku. Najpierw jednak występowałem w Ilance Rzepin w III lidze. W pierwszym sezonie biliśmy się o awans do II ligi z Chrobrym Głogów. Nie udało się, zajęliśmy drugie miejsce. Następny sezon miałem tak dobry, że zapamiętam to do końca życia. Jako lewy obrońca zdobyłem... 15 bramek! Wicekról strzelców III ligi dolnośląsko-lubuskiej, brzmi nieźle, co? Wtedy zgłosili się do mnie ludzie z Wejherowa. Nie zastanawiałem się, od razu skorzystałem. Dobra drużyna, gra poziom wyżej – same profity.

- W końcu przyszedł czas na I-ligowy Stomil Olsztyn. Grałeś tam tylko pół roku, ale dałeś się poznać jako Roberto Carlos!
- Stomil to dla mnie kolejny fajny przystanek. Znów poznałem ludzi, z którymi do dziś utrzymuje kontakty. No a to nazywanie mnie pseudo Roberto Carlosem... w debiucie grałem przeciwko Kolejarzowi Stróże. Podszedłem do rzutu wolnego, huknąłem z blisko trzydziestu pięciu metrów, no i wpadło. Przydomek został do dziś, ale na razie, jak widać, nie było mi jeszcze dane powtórzyć takiej bramki.

- Potwierdziłeś, że masz młotek w nodze, ale twoim atutem są też dalekie wyrzuty z autu. Jak to jest rzucać mocniej, niż niektórzy kopią?
- Szczerze powiedziawszy, było to raczej naturalne. Predyspozycje genetyczne odziedziczyłem po tacie. Na przykład nie potrzebuję spędzać na siłowni tak dużo czasu, jak niektórzy, żeby pracować nad swoją sylwetką. Oczywiście zdarza się, że nieraz popracuję we własnym zakresie, ale nie muszę przebywać tam godzinami, aby dobrze wyglądać. Tak samo z tymi wrzutami z autu – wszystko przyszło mi naturalnie.

- Jak wspominasz przejście do I-ligowej wówczas Arki?
- Jestem tutaj już czwarty rok i wspominam ten okres bardzo pozytywnie. To jest najpoważniejszy klub w mojej przygodzie z piłką – tutaj osiągałem największe sukcesy. Gdyby pięć lat temu ktoś powiedział mi, że zdobędę Puchar, Superpuchar i wystąpię w Lidze Europy, nie uwierzyłbym. Prędzej bym się z tego śmiał. W tym mieście spełniają się moje marzenia. Cieszę się, że grałem w tych meczach i tworzyłem historię. Jestem szczęśliwy zarówno z gry w tym klubie, jak i życia w samej Gdyni.

- Do Arki trafiłeś późno. Miałeś 25 lat – ostatni dzwonek.
- Zgadzam się, ale – jak to się mówi – lepiej późno niż wcale. Wcześniej nie posiadałem żadnego menedżera, działałem na własną rękę. Każdy szczeble, od A-klasy aż do Ekstraklasy, przechodziłem sam. W Gdyni mam już agenta.

- Nie żałujesz trochę, że wcześniej nie nawiązałeś takiej współpracy?
- W II czy III lidze wcale nie jest tak łatwo związać się z jakimś sensownym agentem. Z tego względu trudno mi tego żałować. Młodzi piłkarze w niższych ligach często są skazani tylko na siebie. Muszą liczyć, że ktoś ich zauważy i uda się im wybić. Szczęściu też trzeba pomóc – dzięki jakimś irracjonalnym statystykom jak na lewego obrońcę - wspomniane 15 bramek w III lidze - dostrzegł mnie Gryf Wejherowo. II liga jest już zdecydowanie lepiej monitorowana przez kluby z wyższego szczebla, stąd nie miałem większego problemu, aby przebić się dalej. Pochodzę ze wschodu, gdzie też są fajne kluby – Chrobry Głogów, Zagłębie Lubin czy Miedź Legnica, ale jakoś nigdy nie było mi dane grać w swoich rejonach. Na szczęście, jak wspominałem na początku, lubię podróżować, więc nie było problemu, żeby spakować się i wyjechać do Wejherowa.

Twardo stąpam po ziemi i jeżeli gram dzisiaj mecz, nie myślę o tym, co będzie za dwa-trzy tygodnie. Dlatego też nigdy nie miałem do nikogo pretensji. Patrzę na to tak, że sam doszedłem do miejsca, w którym jestem ciężką pracą. Doskonale wiedziałem, że to w końcu przyniesie efekty.

W Gdyni przed drużyną postawiony został jeden cel – awans do Ekstraklasy. Wszyscy wiemy, jaka tu jest otoczka. Wszyscy żyją piłką i to jest fajne, bo my gramy przede wszystkim dla kibiców. Atmosfera wokół klubu sprzyja sukcesom. Inaczej by się grało, gdyby przychodziła zaledwie garstka fanów. Tutaj na szczęście kładzie się duży nacisk na piłkę.

- Jak wspominasz fetę po awansie?
- To było coś bardzo przyjemnego. Zresztą, gdyby to była tylko jedna (śmiech). Feta, którą pamiętam najlepiej, miała miejsce po meczu z Bytovią Bytów - od razu po tym, jak udało nam się awansować. Awans wywalczyliśmy bardzo szybko – pięć czy sześć kolejek przed końcem sezonu. Spontanicznie zaczęliśmy świętować i wyszło bardzo przyjemnie. Po latach dobrze do tego wrócić, sukcesy wspomina się najmilej. Oficjalna feta odbyła się po ostatnim meczu ligowym z Chrobrym Głogów. Przejazd autokarem przez miasto, zabawa zarówno dla nas, jak i kibiców. Trudno mi to opisać, trzeba to po prostu przeżyć. Stać na tym autokarze i widzieć tych wszystkich ludzi, którzy cieszą się z jednego powodu – z naszego awansu. Piękne.

- Przeszedłeś każdy szczebel ligowy. Pomiędzy którymi był największy przeskok?
- Największy przeskok jest zdecydowanie między I ligą a Ekstraklasą.

- A jednak. Niektórzy uważają, że I ligę a Ekstraklasę nie dzieli aż tak wiele.
- W I lidze przede wszystkim łatwiej odrobić straty. Nawet w sezonie, w którym uzyskaliśmy awans, zdarzało się, że przegrywaliśmy 0:1, 0:2, a jednak byliśmy w stanie coś z tego wyciągnąć, nawet wygrać. W Ekstraklasie jak się dostanie jedną bramkę, bardzo trudno odrobić wynik. Chociaż akurat wczoraj z Wisłą Kraków [od 0:1 do 3:1, NS] udowodniliśmy, że można. Pokazaliśmy, że jesteśmy bardzo mocni psychicznie.

Różnica poziomów jest zauważalna, ale na początku nie zawsze to widać. Beniaminkowie często wchodzą w ligę z kopyta. Awansowaliśmy do Ekstraklasy i od razu wygraliśmy kilka meczów z rzędu, przede wszystkim dobrze radziliśmy sobie na własnym stadionie. Potem przyszedł bardzo długi przestój. Obudziliśmy się dopiero pod koniec sezonu. Lepiej późno niż wcale. W tym sezonie mamy kolejne przykłady – dobrze radzą sobie Sandecja Nowy Sącz, no i przede wszystkim Górnik Zabrze. Widać, że są głodni gry, głodni Ekstraklasy – tak samo, jak my w zeszłym roku.

- Wejście do Ekstraklasy, podobnie jak cała Arka, miałeś dobre. Potem zaczęło się coś psuć. Paradoksalnie straciłeś miejsce w składzie po meczu z Wisłą Kraków, gdzie strzeliłeś gola na 1:0. Przegraliście jednak 1:5...
- Dwa pierwsze sezony w I lidze grałem praktycznie od deski do deski. W Ekstraklasie też utrzymałem miejsce i grałem aż do wyjazdowego spotkania z Wisłą Kraków. Ten mecz przypadł mniej więcej na połowę sezonu. Na samym początku strzeliłem bramkę, ale potem dostaliśmy pięć trafień, a też nie ukrywam, że miałem współudział przy niektórych straconych golach. Straciłem miejsce na kilka meczów, wylądowałem nawet poza kadrą. Trochę się oczyściłem – coś takiego spotkało mnie pierwszy raz. We wcześniejszych klubach grałem wszystko. Cóż, trzeba było zacisnąć zęby i walczyć o kolejną szansę. Udało się.

- Jak odebrałeś zwolnienie Grzegorza Nicińskiego? Mówiło się, że był dla ciebie jak ojciec.
- Z trenerem Nicińskim znałem się od dawna. Spotkałem go jeszcze za czasów gry w Wejherowie, gdzie przepracowaliśmy dwa lata. W Arce z kolei dwa i pół roku – wydaje mi się, że to dużo, dało się z nim zżyć. Żałuję jego odejścia, bo wszyscy wiemy, jakim był człowiekiem i jak mocno był związany z nami i z klubem. Ikona Arki. W futbolu jednak tak to działa – czasami trener przychodzi na miesiąc czy dwa, a trenerowi Nicińskiemu udało się popracować znacznie dłużej. Przyszedł nowy szkoleniowiec, no i działamy dalej.

- Niciński jako Arkowiec z krwi i kości pasował do waszej grupy. Kuba Mazan z arkowcy.pl powiedział mi kiedyś, że w szatni Arki, może obok Zagłębia Lubin, jest największa świadomość kibicowska.
- Prym wiodą przede wszystkim Michał Nalepa i Rafał Siemaszko. Michał to wychowanek z krwi i kości, który od dziecka żyje Arką. Rafał wychował się w Orkanie Rumia, ale wszyscy traktują go jak swojego. Tacy zawodnicy są w szatni niezbędni. Kiedy przychodzą nowi zawodnicy, oni potrafią przekazać im swoją pozytywną energię i dumę z bycia Arkowcem. Niektórzy identyfikują się z klubem mocniej, niektórzy troszkę mniej – to naturalne, ale chłopaki dbają o to, żeby nikt nie przechodzi obok gry w tym zespole obojętnie.

- A jak się pracuje z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim?
- Bardzo dobrze! Trener jest bardzo pozytywną postacią – przede wszystkim mocno charakterną. Jest z nami dopiero piąty miesiąc, ale nie przeszkodziło mu to osiągnąć z nami sukcesów. Nie miał łatwego wejścia do drużyny, bo przejął nas w trudnym momencie, tuż przed derbowym meczem z Lechią. Miał mało czasu na przekazanie swojej wizji. Przyjść do drużyny, która przegrała kilka meczów z rzędu - w Szczecinie dostała pięć bramek, w Gdyni z Lechem cztery - to nie jest prosta sprawa. Poukładał wszystko mniej więcej tak, jak chciał. Zdobyliśmy Puchar Polski, utrzymaliśmy się w lidze – cel został zrealizowany. Oby był z nami jak najdłużej.

- Puchar Polski to najpiękniejsza sprawa w twojej karierze?
- W mojej karierze było dużo pozytywnych momentów, przede wszystkim związanych z Arką, takie sukcesy nie osiąga się codziennie. Wiemy, że nie jesteśmy topową drużyną, która jest w stanie grać co roku w Lidze Europy czy walczyć o najwyższe cele w Ekstraklasie. Ten sukces jest bardzo duży, zapamiętam go do końca życia, ale nie chcę też umniejszać chociażby Superpucharu. Sukces trochę mniejszy, ale takich trofeów też nie zdobywa się codziennie. Zwieńczeniem tego pięknego okresu był mecz z FC Midtjylland. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane wystąpić w europejskich pucharach.

- Jak podeszliście do tego finału? Pełen luz, bez spinania się?
- Mówiliśmy sobie, że gramy na luzie, ale każdy zdawał sobie sprawę, że to nasza życiowa szansa. Kto wie, czy jeszcze kiedyś będzie nam dane ją powtórzyć. Lech był faworytem. Wiedzieliśmy, że oni muszą, a my tylko możemy. Była świadomość, że w przypadku ich zwycięstwa nie będzie o tym zbyt głośno. Jechaliśmy tam z chęcią postawienia się papierowemu faworytowi. Udało się, te 120 minut finału pozostanie mi w głowie do końca życia. Czasami jeszcze, gdy rozmawiam z rodziną, bratem czy narzeczoną, wspomina się ten czas – majówka, fajny okres, dobra atmosfera na trybunach, przyjechała rodzina... ale to się świetnie wspomina!

- Graliście na wielkiej intensywności, ale po golach mieliście jeszcze siły na sprinty do kibiców.
- Rozmawialiśmy nawet o tym między sobą. Zmęczenie było spore, ale po strzelonych bramkach nie było miejsca na kalkulacje. Każdy biegł świętować z kibicami.

Nocowaliśmy w Warszawie, na drugi dzień wróciliśmy do Gdyni. Czekało na nas wielu ludzi – od razu przypomniała mi się feta po awansie do Ekstraklasy. Nie spodziewałem się, że na drugi dzień przyjdzie aż tyle osób, ale – jak widać – wszyscy byli głodni sukcesu. Cieszę się, że udało nam się powtórzyć wynik starszych kolegów, którzy blisko 40 lat temu sięgnęli po to samo trofeum.

- Większa mobilizacja była na puchar czy ostatnie mecze ligowe?
- Trudno to porównywać. Wiedzieliśmy, że z Lechem gramy tylko jeden mecz. Chcieliśmy sprawić niespodziankę dla siebie i dla kibiców. Mobilizacja i otoczka musiała być inna, w końcu nie co tydzień gra się o takie trofeum przed tak liczną widownią. Po finale od razu przytrafiła nam się wpadka z Cracovią. Sprowadzili nas na ziemię, czekała nas walka o utrzymanie do samego końca. Sezon zakończyliśmy pozytywnie, ale dramaturgii nie zabrakło. Nikomu nie życzę bić się o utrzymanie od ostatniej kolejki. Ogromne nerwy, tym bardziej że z tyłu głowy masz fakt, iż grasz o swoją przyszłość. Gdybyśmy się nie utrzymali, pewnie byłbym wolnym zawodnikiem, a dzięki utrzymaniu mój kontrakt został automatycznie przedłużony. Cieszę się też, że sezon skończyłem trafieniem – gol na 3:1 z Zagłębiem uspokoił sytuację.

- Z boiska widać było, że Zagłębie wyszło na mecz w mocno wakacyjnej formie?
- Kibice zawsze będą mieć swoje zdanie. Niektórzy pewnie do dziś rozmawiają, że Zagłębie nam się podłożyło. Ja tak nie uważam – grali normalnym składem, a jak się już wychodzi na boisko, to nie ma czegoś takiego, że się odpuszcza. Nie grali o życie, ale też nie przesadzajmy – nie było przecież tak, że wygraliśmy bo im się nie chciało, a gdyby im się chciało, to moglibyśmy żegnać się z Ekstraklasą. Akurat w tym meczu byliśmy bardzo dobrze dysponowani, spięliśmy się i stanowiliśmy monolit.

- Zdobyliście PP, utrzymaliście się w lidze, a sen trwał. Wygraliście Superpuchar, a ty byłeś jednym z najlepszych zawodników na boisku.
- Możliwe, ale najważniejsze, że tym meczem dobrze wprowadzili się do zespołu nowi zawodnicy. Grzesiu Piesio strzelił bramkę, Patryk Kun walczył za dwóch. Wygraliśmy po karnych i podbudowaliśmy sobie morale przed startem sezonu.

- Co Leszek Ojrzyński podał wam w szatni przed meczem z Duńczykami? Dawno nie widziałem spotkania granego z taką pasją, ambicją i determinacją.
- Nic nam nie musiał dawać. Każdy zdawał sobie sprawę, że rozgrywamy mecz inny niż wszystkie, wyjątkowy. Pierwszy raz w swoim życiu grałem przeciwko takiej drużynie. Do tego to była już 3. runda – nie byle jaki poziom, nie byle jaki przeciwnik. Żałuję, że nie udało się przejść dalej, zabrakło nam dwóch minut, które będę pamiętał bardzo długo... Liczy się jednak to, że przygoda była fajna, a na arenie międzynarodowej pokazaliśmy się z dobrej strony. Przede wszystkim nie przynieśliśmy wstydu naszym kibicom. Szkoda, że bramki na wyjeździe liczą się podwójnie.

- Takie momenty, jak trafienie Rafała Siemaszki w doliczonym czasie zapamiętuje się chyba do końca życia.
- Taki gol, w takich okolicznościach... euforia była ogromna, radość w szatni nie do opisania!

- Jak wyglądał krajobraz w szatni po rewanżu?
- Smutek, spuszczone głowy. Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że zabrakło nam tylko dwóch cholernych minut. Pozostawiliśmy na boisku zdrowie, graliśmy tak jak nigdy, ale futbol momentami bywa niesprawiedliwy, bo przecież z perspektywy dwumeczu nie zasłużyliśmy na pożegnanie z pucharami. W ostatniej sytuacji mogliśmy się lepiej zachować, czasu jednak nie da się cofnąć, życie toczy się dalej. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do roboty w lidze.

- Z czasem to rozgoryczenie jest większe, czy z perspektywy czasu bardziej doceniacie to, co osiągnęliście?
- Na gorąco po meczu czuć było złość i rozgoryczenie. Ktoś mógł przetrzymać piłkę, ktoś zrobić jeszcze coś innego – po fakcie mówi się łatwiej. Patrząc na to z perspektywy czasu, szacunek jest większy. Dochodzi do nas, co osiągnęliśmy. W takich momentach dobrze też cofnąć się w czasie. Rok przed meczem z FC Midtjylland dopiero co wchodziliśmy do Ekstraklasy. Kto z nas mógłby wtedy pomyśleć, że już niedługo godnie zaprezentujemy się na arenie europejskiej?

- Co było dla ciebie największym sukcesem: Puchar, Superpuchar czy wygrana z FC Midtjylland?
- Trudno to do siebie porównać, jednak Puchar Polski otworzył przed nami wiele drzwi. Gdybyśmy nie sięgnęli po to trofeum, nie gralibyśmy ani w Superpucharze, ani w Lidze Europy. Dla większości z nas mecz na Stadionie Narodowym był pierwszym tak wielkim wydarzeniem w życiu. Od tego się zaczęło, radość była ogromna, jakby to powiedzieć... przez dwa dni każdy cieszył się po swojemu (śmiech). Ten mecz pozwolił nam nabrać pewności siebie. Skoro udało się z Lechem, dlaczego miałoby nie udać się z Legią? Mając już dwa trofea na koncie, przystąpiliśmy do Ligi Europy ze świadomością, że nie weszliśmy do niej tylnymi drzwiami, lecz naprawdę sobie na nią zasłużyliśmy. Udało się trafić ciekawego rywala i, jak mówiłem, zaprezentowaliśmy się przyzwoicie. Można było wycisnąć więcej, w kolejnej rundzie czekałby pewnie jeszcze bardziej atrakcyjny rywal, ale nie ma co rozmyślać o sprawach, które nas nie dotyczą.

Za mną trzy-cztery miesiące, które będę wspominał do końca życia. Na każdym spotkaniu z rodziną czy ze znajomymi przewija się temat tych spotkań. Pojadę do domu na święta, brat puści mi powtórkę meczu o Puchar Polski. On zresztą jest bardzo mocno zakręcony na punkcie piłki. Wszystko śledzi, kibicuje mi, nagrywa moje mecze.

- Da się powtórzyć taki sezon?
- Dlaczego nie? Jesteśmy już w 1/8 finału Pucharu Polski, jeszcze po tak dramatycznym meczu ze Śląskiem. Zdajemy sobie sprawę, że zostało już tylko kilka szczebelków. Powolutku zmierzamy do celu, jesteśmy gotowi ponownie wejść do finału, trzeba tylko patrzeć na to spokojnie i zachować chłodną głowę. Jeżeli podejdziemy do każdego rywala z szacunkiem i mecze potraktujemy tak, jakby miały być ostatnimi, to wszystko jest możliwe.

- Dzięki tej tułaczce po niższych ligach, szkole życia, potrafisz jeszcze bardziej docenić, gdzie obecnie się znajdujesz?
- Myślę, że tak. Moja droga była długa, pełna zakrętów, sporo mnie kosztowała, ale przyniosła efekty. Każdy szczebel przeszedłem sam, bez żadnej pomocy, wspierali mnie tylko najbliżsi – znajomi, rodzina, narzeczona. Doceniam to, gdzie jestem i cieszę się, że mogę zarabiać na życie, grając w ekstraklasowym klubie. Gdybyś kilka lat temu powiedział mi, że zagram w Arce, to co ja, chłopak ze Wschowy, miałbym ci odpowiedzieć? Pozostałby mi tylko śmiech. A jednak się udało. Uważam, że jestem przykładem na to, że ciężką pracą można zajść wysoko.

- Powiedziałeś, że życie piłkarza jest przyjemne, ale krótkie. Wydajesz się bardzo świadomy, co wśród piłkarzy nie jest wcale oczywiste.
- Życie piłkarza jest fajne, ale krótkie. Na najwyższym poziomie gra się, może poza paroma wyjątkami, do 35. roku życia. Trzeba czerpać z tego jak najwięcej. Mam teraz 28 lat, liczę, że jeszcze kilka lat uda mi się utrzymać w elicie. Oby jak najdłużej.

- Myślisz czasem, co po karierze?
- Szczerze mówiąc, za mocno się nad tym nie zastanawiałem. Na tę chwilę głowę mam zupełnie gdzie indziej – trzy dni temu urodziła mi się córeczka, więc myślę tylko o rodzinie. Jestem w Arce, mam ważny kontrakt. Czas pokaże, co będzie dalej. Żyje chwilą, ale jestem przekonany, że nie będę miał większych problemów z odnalezieniem się w życiu po drugiej stronie barykady.

                                                                     rozmawiał Norbert Skórzewski
 


KOMENTARZE

;