Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Symulant, kompan Ljuboli, a w końcu ikona Legii – najlepsze momenty Radovicia przy Łazienkowskiej

Autor: Maciej Kanczak
2019-10-20 14:30:09

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, bo obie strony długo musiały się docierać. Gdy już jednak poznały się na wylot, stworzyły udany związek. Nie obyło się co prawda bez sporów, kłótni, cichych dni, a nawet rozstania, ale po 1,5 roku Legia Warszawa i Miroslav Radović stwierdziły, że jednak nie mogą żyć bez siebie i zeszli się ponownie. Z przerwami, w polskim futbolu ta para funkcjonowała przez 12 lat. Oto zapis ich owocnego w sukcesy związku.

1. Do Legii Radović trafił latem 2006 r. z Partizana Belgrad za 800 tys. euro. Miał pomóc „Wojskowym” w powrocie do Ligi Mistrzów po 10 latach przerwy, a także w obronie tytułu mistrza Polski. Obu celów nie udało się jednak „Wojskowym” zrealizować. Ze snów o Champions League wyleczył ich Szachtar Donieck (1:4 w dwumeczu), niezbyt długo trwała również przygoda piłkarzy Dariusza Wdowczyka w Pucharze UEFA (odpadnięcie w I rundzie z Austrią Wiedeń). W Ekstraklasie zaś obrońcy mistrzowskiego pasa ledwo doczłapali się do najniższego stopnia podium, ponosząc aż 10 porażek. W całym sezonie 2006/2007 tylko przez jedną kolejkę znajdowali się na pozycji lidera.

Kibice gdyby mogli, najchętniej tamte rozgrywki wymazaliby z pamięci. Radović był jednak jednym z nielicznych piłkarzy, do których publika z ul. Łazienkowskiej nie mogła kierować większych pretensji. W Ekstraklasie w 27 meczach „Rado” zdobył 6 bramek i zaliczył 7 asyst. Stołeczni fani wybrali go najlepszym piłkarzem rozgrywek 2006/2007. A przecież Serb od samego początku pobytu w Polsce miał pod górkę. Zaraz po przeprowadzce do Warszawy zmarł mu bowiem ojciec.

Debiutancki gol Radovicia w Legii

2. Dla Radovicia Legia miała być oknem wystawowym, trampoliną do wielkiej kariery na zachodzie. Przy ul. Łazienkowskiej zapowiadał, że pogra ok. dwóch lat i spróbuje szczęścia gdzie indziej. Trudno jednak o transfer do silnej ligi zachodniej, jeśli w coraz słabszej Ekstraklasie skrzydłowy ma tak marne indywidualne statystyki:

  • sezon 2007/2008 – 3 gole, 4 asysty
  • sezon 2008/2009 – 3 gole, 5 asyst
  • sezon 2009/2010 – 2 gole, 2 asysty

W dodatku w wyżej wymienionych rozgrywkach Legia zawodzi na całej linii, ani razu w tym czasie nie zdobywając mistrzostwa Polski. Spadają także notowania Radovicia wśród kibiców „Wojskowych”. Z ambitnego „walczaka”, „Rado” staje się bezczelnym symulantem, nurkiem, który upada przy pierwszym lepszym kontakcie z rywalem w polu karnym. Dosyć mają go fani, sędziowie, ale także ligowi rywale. - A Radović dalej się k.... kładzie – zaatakował go w tunelu stadionu przy Łazienkowskiej w przerwie meczu Legia-Korona, Zbigniew Małkowski. - Spier....., k...., spier.... - odpowiedział staropolską wiązanką serbski pomocnik.

3. Latem 2010 w Warszawie ma miejsce prawdziwa rewolucja. Nowym szkoleniowcem zostaje Maciej Skorża, a wraz z nim w stolicy pojawia się liczna grupa zawodników, którzy mają przywrócić Legię na należne jej miejsce w hierarchii polskiego futbolu. W tej grupie są Ariel Cabral, Maciej Iwański, Srda Kneżević czy też Manu. Wydaje się, że w związku z tym dla Radovicia brakować będzie miejsca w podstawowym składzie. I tak też faktycznie było - „Rado” albo grał ogony, albo siedział na trybunach. Doszło nawet do tego, że na moment wylądował również w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy.

Legia jednak od początku sezonu prezentowała się tragicznie. W pierwszych ośmiu kolejkach poniosła aż pięć porażek, w związku z czym Skorża zdecydował się dać szansę Radoviciowi, a ten nie zawiódł jego zaufania. W 27 meczach zdobył 9 bramek (niektóre źródła podają, że 10) i był najlepszym strzelcem zespołu. W całej Ekstraklasie zresztą było tylko pięciu piłkarzy, którzy w tamtym sezonie strzelili więcej goli od Radovicia.

Z czego wynikała przemiana Radovicia? - Trener Maciek Skorża dał mi nową rolę i powiem szczerze, że to było to. Pierwszy raz na nowej pozycji zagrałem w charytatywnym meczu z Den Haag. Po nim trener powiedział, że widzi mnie w środku pola. Ja też byłem pozytywnie nastawiony, przekonany, że może rzeczywiście wyjść z tego coś dobrego. Zaczął mnie coraz częściej tam ustawiać i dzięki temu stałem się dużo lepszym piłkarzem i osiągnąłem to, co osiągnąłem – przyznał później w wywiadzie dla legia.net. Sęk w tym, że te trafienia znów w ostatecznym rozrachunku niewiele Legii dały. Piłkarze Skorży łącznie przegrali aż 11 razy i do mistrza Polski, Wisły Kraków stracili siedem punktów. Na pocieszenie, zdobyli Puchar Polski.

W kolejnych rozgrywkach gwiazda „Rado” znów świeciła pełnym blaskiem. Tym razem nie było to jednak spowodowane nową rolą na boisku.

4. Latem 2012 w Warszawie pojawił się bowiem słynny Danijel Ljuboja. Transfer do Legii byłego reprezentanta Serbii i Czarnogóry i piłkarza m.in. PSG i VfB Stuttgart był nad Wisłą wielkim wydarzeniem. Choć wielu przypuszczało, że ekscentryczny napastnik w stolicy będzie odcinał kupony od dawnej sławy, ten stał się wartością dodaną warszawskiego klubu, a grając z nim postęp zrobiła większość Legionistów. Na czele z Radoviciem.

- No tak. Wydaje mi się, że kibice, którzy przychodzili na mecze, oglądali Legię w telewizji stwierdzą, że takiego duetu w Legii dawno nie było. Jeśli mam powiedzieć coś o Ljubo, to takiego piłkarza w polskiej lidze długo nie było i nie będzie. Super nam się grało, szczególnie w europejskich pucharach. Mieliśmy wtedy dobrą pakę: ciekawa szatnia, ciekawe osobowości, dużo charakteru, widać to było potem na boisku. Po prostu byliśmy mocni. Z Ljubo często rozmawialiśmy, spędzaliśmy dużo czasu razem poza boiskiem i efekty było widać w każdym meczu – wspomina kooperację ze swoim rodakiem w rozmowie z legia.net.

W sezonie 2010/2011 Radović błyszczy głównie w Lidze Europy. Licząc razem z fazą eliminacyjną, w Europa League zdobył jesienią 7 bramek i był nawet w czołówce strzelców tych rozgrywek. W Ekstraklasie szło mu nieco słabiej (6 goli i 2 asysty w 28 meczach). Gorszą wiadomość od nierównej dyspozycji indywidualnej był fakt, że Legia znów wyłożyła się na ostatniej prostej. Jeszcze przed 29. kolejką spotkań ligi polskiej prowadziła w tabeli, by po 30 seriach gier znaleźć się dopiero na trzecim miejscu.

Niepowodzenia z sezonu 2011/2012, Legioniści z nawiązką odrobili w kolejnej kampanii, w wielkim stylu zdobywając dublet, już jednak pod wodzą następcy Skorży, a więc Jana Urbana. Radović miał na koncie 5 bramek i aż 12 asyst, zaś jego kompan Ljuboja 12 goli i 1 ostatnie podanie. Wkład w sukcesy Legii obu Serbów był niepodważalny, zatem mieli pełne prawo je oblać w swoim stylu, „po bałkańsku”. Problem jednak w tym, że wybrali mało odpowiedni moment na celebrację.

5. Po triumfie w Pucharze Polski ze Śląskiem Wrocław, „Ljubo” i „Rado” ruszyli w miasto. Były to jednak czasy, gdy finał rozgrywek o puchar tysiąca drużyn odbywał się w tygodniu, a Legię czekały jeszcze ważne mecze w Ekstraklasie. Serbowie wówczas nie widzieli jednak w tym problemu. W glorii triumfatorów PP zapuścili się na Mazowiecką, by ok. 4 nad ranem wylądować w „Enklawie”. Pech chciał, że w tym samym miejscu, sukces swojego zespołu czcił, choć mniej spektakularnie, także prezes „Wojskowych” Bogusław Leśnodorski, który „spotkanie na szczycie” z pikantnymi szczegółami zrelacjonował „Przeglądowi Sportowemu”.

- Tamtej nocy byłem w "Enklawie" w gronie kilku osób. Był tam też red. Krzysztof Stanowski, podszedł do mnie, zaczęliśmy rozmawiać. Po kilku minutach weszli Danijel Ljuboja i Miroslav Radović, stanęli koło nas przy barze i "Rado" zaproponował mi drinka, ale podziękowałem. Ja wyszedłem, oni zostali. Następnego dnia dowiedziałem się, że opuścili "Enklawę" o 4.30. Byłem już megazły w lokalu, kiedy ich zobaczyłem. Następnego dnia dowiedziałem się, że zostali, siedzieli, pili i wyszli na mocnej "bańce". No to słabo - myślę sobie - bardzo słabo. Jak się nie gra w meczu po to, żeby lepiej wypocząć przed ligową kolejką, która już za trzy dni, to nie można wracać do domu o piątej rano. Szczególnie że trener kilka godzin wcześniej - pytany na konferencji, dlaczego nie wstawił do wyjściowego składu Serbów - mówi, że muszą odpocząć. To w tym momencie wszyscy wyglądają co najmniej śmiesznie.

Ich los w Legii zawisł wówczas na włosku. Ostatecznie z Ljuboją nie przedłużono kontraktu, zaś Radović musiał zapłacić niemałą karę finansową w wysokości 70 tys. złotych.

6. W sezonie 2013/2014 musiała radzić sobie już bez Ljuboli. Ciężar odpowiedzialności za wyniki bierze wówczas Radović, który w tamtej kampanii zdobył aż 14 bramek w 28 meczach. Legia zdecydowanie prowadzi w lidze na półmetku rozgrywek, ale wcześniej nie awansowała do Ligi Mistrzów, w fazie grupowej Ligi Europy poniosła aż pięć porażek, szybko również pożegnała się z występami w Pucharze Polski. W grudniu na stanowisku trenera Jana Urbana zastępuje Henning Berg, który jeszcze zwiększył przewagę „Wojskowych” nad ligową konkurencją.

Pod wodzą Norwega, Legia grała futbol szybki i kombinacyjny. Wydawało się, że to właśnie on, po latach oczekiwań, wprowadzi warszawian do Ligi Mistrzów, ale tym razem na drodze do tych elitarnych rozgrywek stanął nie silny rywal, a błąd pracowników pionu administracyjnego klubu z ul. Łazienkowskiej, którzy przeoczyli trwające zawieszenie za kartki Bartosza Bereszyńskiego. Mimo fenomenalnych występów w dwumeczu z Celtikiem (6:1 w dwumeczu), do decydującej fazy eliminacji LM przeszli mistrzowie Szkocji. Radović i spółka jednak szybko otrząsnęli się z tego ciosu. Gładko przeszli kwalifikację do fazy grupowej Ligi Europy, a w niej stosunkowo szybko zapewnili sobie awans do 1/16 finału, gdzie czekał już Ajax Amsterdam. Legia nie miała wówczas absolutnie żadnych powodów, aby bać się bardziej utytułowanego rywala. Radović, mimo fantastycznej jesieni (20 meczów i 13 goli we wszystkich rozgrywkach) nie wystąpił jednak w rywalizacji z „Joden”.

7. Zimą Serb otrzymał propozycję z gatunku „nie do odrzucenia” z chińskiego Hebei China Fortune, który za Radovicia oferował Legii prawie 2 mln euro. „Rado” postanowił z niej skorzystać, ale nie poinformował o tym Berga, który o odejściu czołowego gracza dowiedział się od dziennikarzy, na konferencji prasowej przed meczem z Ajaksem. Rozżalony zachowaniem podopiecznego zdecydował się posadzić go na trybunach w pierwszym starciu z holenderskim gigantem. Opuszczający stolicę „Rado” przyglądał się zatem już tylko, jak jego koledzy dzielnie stawiają na wyjeździe czoła Ajaksowi, przegrywając w Amsterdamie tylko 0:1. W rewanżu przy ul. Łazienkowskiej byli już jednak bezradni (0:3).

Po latach serbski pomocnik wspomniał, że odszedł tylko dlatego, by Legia zarobiła na nim konkretne pieniądze. Wcześniej bowiem piłkarz miał w kontrakcie niską sumę odstępnego. Kibiców zabolała jednak forma rozstania, bo parę miesięcy wcześniej Radović przedłużył umowę z warszawskim klubem, zapewniając, że to prawdopodobnie jego ostatni kontrakt w karierze. Rozżalony mógł zatem czuć się również sam Berg, z którym przecież „Rado” znakomicie się współpracowało i po dziś dzień uważa go za najlepszego szkoleniowca, jaki pracował w Legii. - On nie powinien się dowiedzieć ostatni – posypie wkrótce głowę popiołem.

8. Po rozstaniu obu stronom ciężko było odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Radović w Chinach spędził tylko pół roku, w czasie którego ze względu na problemy zdrowotne rozegrał tylko pięć meczów. Latem 2015 wrócił na Bałkany i zaczął występować w słoweńskim NK Olimpjia Ljublana. W tym samym czasie Legia przegrała walkę o mistrzostwo Polski z Lechem Poznań, zaś w sezonie 2015/2016 nie radzi sobie, zarówno w Ekstraklasie, jak i w fazie grupowej Ligi Europy. Włodarze „Wojskowych” nie mają oporów, aby pożegnać się z Bergiem. Prymat w lidze polskiej ma pomóc odzyskać Legionistom Stanisław Czerczesow.

Po dramatycznym wyścigu o tytuł, w którym niespodziewanie głównym rywalem Legii jest Piast Gliwice, stołecznej ekipie udaje się ponownie zdobyć berło i koronę, ale ze względu na rozbieżności finansowe, rosyjski szkoleniowiec opuszcza Łazienkowską po zakończeniu sezonu 2015/2016. Jego następcą zostaje Besnik Hasi. Z kolei Radović, po słabym sezonie na Stadionie Stozicie (2 gole w 14 meczach) wrócił do Partizana Belgrad, w barwach którego zdążył rozegrać siedem meczów w serbskiej Super liga i dwa mecze w eliminacjach Ligi Europy. Legia zaś awansowała w końcu do wyśnionej Ligi Mistrzów, męcząc się jednak w kwalifikacjach z niżej notowanym rywalami, w Ekstraklasie z kolei niebezpiecznie zbliżała się do strefy spadkowej. Władze klubu postanowiły jednak nie zwalniać albańskiego szkoleniowca, a tuż przed zamknięciem okna transferowego wzmocnić jeszcze mu zespół. I tak przy Łazienkowskiej, w końcówce sierpnia ponownie pojawił się Radović.

- Serce kazało mi wrócić do Legii – powiedział Serb w rozmowie z „Super Expressem” zaraz po podpisaniu 2-letniego kontraktu.

9. Powrót Radovicia po 1,5-rocznej przerwie, zwłaszcza w tak dramatycznych dla klubu okolicznościach, to oczywiście była historia rodem z hollywodzkiego filmu, ale odzierając ten transfer od romantycznych motywów, eksperci i kibice zastanawiali się co w zasadzie „Rado” w aktualnej sytuacji może dać Legii. W ciągu minionych 20 miesięcy grał niewiele (łącznie 28 spotkań dla Hebei China Fortune, NK Olimpija Ljublana i Partiza Belgrad), w dodatku niektórzy zarzucali mu lekką nadwagę. Sam zainteresowany jednak na łamach „SE” zapowiadał: - Dam z siebie wszystko. Nie obawiam się tego, że sobie nie poradzę. Piłkarsko się obronię. Znam swoją wartość. Jak powiedział, tak zrobił.

Brak regularnych występów w poprzednich latach wcale nie był w przypadku Serba widoczny. Szybko wskoczył do wyjściowego składu, zostając ponownie jedną z gwiazd Legii. W Lidze Mistrzów dwukrotnie trafiał do siatki Realu Madryt, w Ekstraklasie z kolei jego wkład w mistrzostwo Polski był niepodważalny (11 goli i 9 asyst w 29 meczach). U Jacka Magiery, który we wrześniu zastąpił Hasiego był człowiekiem-orkiestrą – grywał na obu skrzydłach, w środku pola, a czasem nawet w ataku.

10. Sezon 2016/2017 to były jednak ostatki Radovicia jako czołowej postaci Legii. W rozgrywkach 2017/2018 na murawie pojawiał się zaledwie 11 razy, wszystkie spotkania zaliczając wiosną. Jesienią leczył kolano, zatem oszczędził sobie udziału w blamażach z FC Astana w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów i z Sheriffem Tyraspol w IV rundzie eliminacji Ligi Europy. Swoją cegiełkę do mistrzostwa jednak dołożył, wszak w tamtych rozgrywkach zdobył jednak dwie bramki. To był zresztą szalony czas dla Legii, którą najpierw prowadził Magiera, później Romeo Jozak, a w kulminacyjnym momencie sezonu jego asystent, Dean Klafurić. Krążyły nawet plotki, że niedoświadczony szkoleniowiec z Chorwacji, pierwszy skład „Legionistów” ustalał po konsultacjach z...Radoviciem. Plotki, które Serb oczywiście wyśmiał.

W ramach podziękowań za tytuł mistrzowski, Klafurić prowadził Legię w kolejnej kampanii, ale jego brak obycia szybko wyszedł na jaw. Tym razem warszawski zespół poległ w kwalifikacjach Champions League ze Spartakiem Trnava, zaś w pierwszym spotkaniu III rundy eliminacji Ligi Europy skompromitował się z F91 Dudelange z Luksemburga. Wówczas dopiero władze Legii poszły po rozum do głowy, powierzając drużynę Ricardo Sa Pinto. Ten co prawda miał nieporównywalnie większe doświadczenie trenerskie niż jego poprzednik, ale zarazem był człowiekiem, delikatnie mówiąc, o skomplikowanej osobowości. U Portugalczyka Radović wystąpił tylko w dwóch spotkaniach. Został zepchnięty na margines, nie mając nawet minimalnych szans na jakiekolwiek występy. Co prawda częściej zaczął grać, gdy nielubiany Sa Pinto został zastąpiony przez Aleksandara Vukovicia, ale były to wyłącznie epizody (wiosną na boisku pojawiał się pięć razy, łącznie przebywając na nim 35 minut). Nikogo zatem nie zdziwiło, że po zakończeniu sezonu 2018/2019 (pierwszego od trzech lat bez mistrzostwa Polski), kontrakt „Rado” nie został przedłużony.

Szkoda, że ta piękna historia miała taki smutny finał. Niemniej wczorajsze, huczne pożegnanie Radovicia przy ul. Łazienkowskiej pokazało, że warszawscy kibice pamiętali wyłącznie te najpiękniejsze chwile Serba w Warszawie. A tych było bez liku.

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się