Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Nie ma pieniędzy, nie ma zaskoczenia. Pozostało tylko zażenowanie

Autor: Maciej Golec
2020-01-18 16:30:46

Przypomina nam się zima przełomu 2018 i 2019 roku, kiedy nie można było oderwać oczu od komputera, bo co chwilę coś się działo w kontekście Wisły Kraków. Bez przerwy wypływały nowe fakty. Mamy wrażenie, że coś podobnego dzieje się teraz w Lechii – oczywiście na mniejszą skalę i z mniejszym ciężarem gatunkowym, ale jednak nie ma dnia, by w Gdańsku nie zrobiło się gorąco od tej negatywnej strony.

Od kilku dni dowiadujemy się, że co rusz to kolejni piłkarze składają wezwania do wypłaty zaległych pensji. W Gdańsku do takiego stanu rzeczy zdążyli się już chyba przyzwyczaić, bo od dobrych kilku lat sytuacja notorycznie się powtarza. Nikt nie wyciąga wniosków, kontrakty jak były wysokie, tak nadal są, a Komisja Licencyjna jest bardzo przeciętnym straszakiem w tej sprawie, o czym w klubie nie raz się już przekonali. Nadzór finansowy? Normalka. Punkty ujemne? Zdarzyło się i co z tego? Żadne kary nie zabolały Lechii tak, jak powinny patrząc na wagę popełnionych czynów. I co najważniejsze, nie dały jej żadnej nauczki na przyszłość.

Artur Sobiech, Rafał Wolski, Błażej Augustyn, Sławomir Peszko. Lista zawodników, którzy stracili cierpliwość i weszli, słusznie zresztą, z Lechią na drogę formalną jest pewnie dłuższa, a my nie znamy wszystkich szczegółów, jednak już te cztery nazwiska są wystarczające, by pokazać skalę problemu. Po upomnieniu się dostali nie tylko należne pieniądze, ale też wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. Nawarstwiają się pytania: czy mamy do czynienia z podwójnymi standardami? Skoro klub ma pieniądze na natychmiastowe uregulowanie zaległości zawodników, pobierających jedne z wyższych pensji w klubie, to dlaczego nie zrobił tego wcześniej? I dlaczego inni wciąż czekali? Bo się nie upomnieli o własne pieniądze?

„Myślę, że do końca roku wyjdziemy na prostą w kwestiach płatności dla piłkarzy” – powiedział w grudniu w wywiadzie dla Dziennika Bałtyckiego prezes Lechii Adam Mandziara. Dobrze, że dodał słówko „myślę”, przynajmniej wiemy, żeby nie brać tego zdania w 100% na poważnie. A po doniesieniach dziennikarzy w ostatnich dniach wiemy, że była to zwykła marketingowa gadka na podbudowanie wizerunku. Bo na pewno nie wiarygodności, tej prezes nie ma w oczach kibiców już od dawna. Nadal mamy w pamięci jego wypowiedź z 2017 roku, kiedy przyznał, że piłkarze nie dostali do 31 października wszystkich zaległości, których termin spłaty minął 30 czerwca, bo banki wówczas nie pracowały. Mieć 4 miesiące i zabierać się do wszystkiego kilka dni przed deadlinem? Nawet studenci przed sesją wykazują się większą odpowiedzialnością.

Teraz też nie obyło się bez tłumaczeń. Że sponsorzy nie przelali pieniędzy, że większe transze zostaną wypłacone w drugiej połowie sezonu i że w sumie to normalne, bo co roku w tym okresie są problemy z płynnością finansową. Ale mają nad tym kontrolę!

To proponujemy w takim razie przy kontraktowaniu nowych zawodników zawierać w umowie zapis obowiązujący ich do odkładania części wypłaty na okres, powiedzmy, listopad-styczeń, żeby ci nie musieli się martwić, że na coś im wówczas nie starczy. Taka forma zabezpieczenia, bo czemu nie? Skoro sytuacja cyklicznie się powtarza, a zarząd cyklicznie nie robi nic, by jej zapobiec, to może  w takim razie już całkowicie umyć ręce? Albo niech ktoś z zarządu zrobi challenge i przez kilka miesięcy nie dostaje pieniędzy na konto. Może wtedy perspektywa się zmieni.

Generalnie to nikomu nie życzymy upominania się pracodawcy o należne wynagrodzenie. Tym bardziej te, sięgające 3-4 miesięcy, o których mowa w kontekście Lechii. I nie ma tu znaczenia, a przynajmniej nie powinno mieć, że jeden zarabia 5 tysięcy miesięcznie, a drugi 50. Nikt nikomu w portfel nie zagląda, ta druga osoba może mieć większe potrzeby, a zatem i większe wydatki, więc gadanie w stylu: „W przypadku większości młodych zawodników ten okres jest znacznie krótszy, niektórym płacimy na bieżąco” (via. „PS”) jest zwyczajnie nie fair. Po raz kolejny wychodzą podwójne standardy, o których wspomnieliśmy na początku.

Co to jest w ogóle za segregacja? Ci niech dostaną, ale ci mogą jeszcze poczekać? I co decyduje o tym, że akurat piłkarz „X”, a nie piłkarz „Y” dostanie pieniądze na czas? Może przyjdzie do prezesa i powie, że nie starcza mu już na zakupy, a ten się zlituje i dotrzyma obiecanych terminów? Sorry, nie kupujemy takiej hierarchii.

Ale to oczywiście nie koniec. Może przedstawimy wam punktowo, jakie problemy z płatnościami Lechia ma/miała w ostatnich latach:

  • Zaległości w wypłatach sięgające 3-4 miesięce (regularnie),
  • Niewypłacone premie za Puchar Polski i 3. miejsce w lidze,
  • Zaległości finansowe względem Ariela Borysiuka, które według decyzji sądu Lechia musi uregulować (przypominamy, Ariel od roku nie jest związany z Lechią),
  • Zagłębie Lubin ponad rok czekające na zapłatę całości ekwiwalentu (400 tys. zł) za Jarosława Kubickiego,
  • Zwlekanie 8 miesięcy z zapłaceniem 70 tys. euro Śląskowi za Flavio Paixao (w międzyczasie sprawa trafiła do Piłkarskiego Sądu Polubownego),
  • Zaleganie Śląskowi tym razem za transfer Sebastiana Mili. Wszystkie pieniądze wypłacono dopiero po ponad roku od przenosin pomocnika nad morze

Sporo się tego nazbierało przez 4 lata. Latem wydawało się, że wszystko zmierza ku lepszemu – Lechia po raz pierwszy od dawna nie znalazła się na świeczniku Komisji Licencyjnej, więc światełko w tunelu się niejako zapaliło. Niedługo ruszy kolejny proces i wtedy się przekonamy, w jakich kolorach w Gdańsku rzeczywiście patrzą na świat. Co prawda, Adam Mandziara zapewnia, że żadnych komplikacji nie będzie, ale pan prezes zwykł mówić wiele, tyle że niekoniecznie zawsze z sensem.

Choć może z finansami Lechii wcale nie jest tak kulawo, skoro nie szkoda jej pieniędzy na wino dla prezesa PZPN

Zbigniewa Bońka. Możecie powiedzieć, że się czepiamy i te 600 zł w ostatecznym rozrachunku nikogo by nie uratowały. Zgoda, ale sam fakt szarpnięcia się na taki prezent w obecnej sytuacji powinien już coś mówić. Czy klub, który ma problemy natury organizacyjnej, nie wywiązujący się z umów, nie powinien przypadkiem oszczędzać każdej możliwej złotówki zamiast wydawać ją na, bądź co bądź, produkty piątej potrzeby? Może jesteśmy naiwni, może nie rozumiemy jakichś mechanizmów, ale uważamy, że dobro zawodników i uczciwość względem nich powinny zawsze stać na pierwszym miejscu.

 

 

Nie dość, że problemy są natury organizacyjnej, to poniekąd przez to robią się też te natury personalnej. Odeszło 3 zawodników z pierwszego składu, następny w kolejce jest Augustyn i Lipski,  nie wiemy kto jeszcze złożył wezwanie do zapłaty, a kontuzję znowu złapał Jakub Arak. Jednym słowem – bieda. Na obóz do Turcji poleciało 28 piłkarzy, z czego tylko 15 zagrało w tym sezonie więcej niż 1 mecz w Ekstraklasie. Reszta to albo młodzież albo nowi piłkarze (Conrado i Tobers), którzy jeszcze nie mieli okazji wystąpić w oficjalnym spotkaniu.

I w tym miejscu wracamy do tematu transferów, które były tak bardzo przemyślane, szybkie i logiczne latem, a teraz mamy wrażenie, że budowa drużyny odbywa się na zasadzie łapu-capu. Po odpaleniu Rafała Wolskiego Lechia nie ma prawdziwego rozgrywającego. Gajos na „10” to nie jest oczywisty wybór, zaś Lipski dał nam wystarczająco dużo powodów, by na starcie nie brać go na poważnie. Alternatywą miał być Filip Starzyński, który jednak podpisał nowy kontrakt z Zagłębiem Lubin, przez co cały plan sprowadzenia go do Gdańska poszedł na śmietnik. Chciał go zarówno Adam Mandziara, jak i Piotr Stokowiec, ale ten zdecydował się na stabilność i pewny pieniądz w kieszeni co miesiąc. I w sumie nie mamy prawa być tym faktem zdziwieni.

Jest za to lewy obrońca Conrado, jest od wczoraj też łotewski stoper – Kristes Tobers, od lipca ma być Bartosz Kopacz, ale jakoś nie jesteśmy przekonaniu, czy te nazwiska będą realnymi wzmocnieniami Lechii. Pierwsza dwójka to młodzi piłkarze mający na swojej pozycji sporą konkurencję i nie chodzi nam tu o liczebność, ale raczej jakość. Filip Mladenović to niekwestionowany lider lewej flanki, natomiast Michał Nalepa i Mario Maloca zdają się być żelazną parą środkowych obrońców. Oczywiście zimowe przygotowania i sparingi mogą trochę namieszać w hierarchii, jednak na ten moment oba transfery wyglądają raczej na uzupełnienia, a nie realne wzmocnienia.

Jeśli Adam Mandziara chciałby rozwiązać rzeczywiste problemy, to powinien rozejrzeć się po rynku napastników, bo największe problemy kadrowe stworzyły się właśnie na szpicy. Wobec odejścia Sobiecha do Turcji i kontuzji Araka wykluczającej go z obozu przygotowawczego, Lechia zostaje na tę chwilę z 34-letnim Flavio Paixao i dwoma młodzieńcami bez debiutu w Ekstraklasie.

Gdyby gdańszczanie celowali w tym sezonie w miejsca 9-12, to podejrzewamy, że nikt by z tego powodu nie wywoływał burzy. Problem w tym, że ambicje Lechii sięgają znacznie wyżej, tylko teraz należy zadać sobie pytanie: czy wobec tak poważnych perturbacji nie należy w pierwszej kolejności pomyśleć o zbilansowaniu finansów, a co za tym idzie – realnych możliwościach? Oczywiście, zapewne niedługo jakiś napastnik zostanie zakontraktowany, ale i tak będzie to, jak w przypadku Wisły Płock, w pewnym stopniu strzelanie ślepakiem. Nieprzepracowanie okresu przygotowawczego z zespołem może zawarzyć na przydatności zawodnika wiosną. Przecież pamiętamy ile czasu potrzebował Artur Sobiech, by wreszcie móc grać regularnie po 90 minut.

Jak się wali, to wszystko na raz. Atmosfera gęstnieje, co rusz wypadają nowe trupy z szafy, jednak prezes jest nad wyraz spokojny. Dokładnie tak, jak przedstawiciele Arki Gdynia, której miasto wstrzymało finansowanie – wszystko jest cacy, pełna kontrola, tylko drobne, tymczasowe problemy. Tak jest w teorii, a w praktyce przekonamy się w lutym na boiskach Ekstraklasy i w gabinetach podczas zbliżającego się procesu licencyjnego. W obu przypadkach emocji nie powinno zabraknąć.
 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się