function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Paweł Jańczyk/korona-kielce.pl - oficjalna strona Korony Kielce

Maciej Bartoszek dla 2x45: Gdybym się uparł, już dawno miałbym nowy klub. Wystarczyłoby się zgadzać na wszystko

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2017-08-22 08:40:49

- W Koronie nawet nie doceniono tego historycznego piątego miejsca. Chwilami wręcz czułem, jakbym takim wynikiem zrobił krzywdę drużynie. Mam jednak satysfakcję, że budując niemal od zera wcieliłem w drużynie swoją filozofię gry i w pełni się ona sprawdziła - mówi dla www.2x45.info Maciej Bartoszek, z którym rozstano się w Kielcach mimo bardzo dobrego wyniku. Z trenerem roku w Ekstraklasie rozmawiamy nie tylko o Koronie, ale również o poszukiwaniach nowego klubu.

Przemysław Michalak (www.2x45.info): - Na początku czerwca spodziewał się pan wyjaśnienia swojej przyszłości nawet w ciągu kilku dni, a maksymalnie tygodni. Minęły dwa miesiące i jednak nic się nie wyjaśniło…
Maciej Bartoszek:
- Wtedy zakładałem też, że trzeba być przygotowanym na każdy scenariusz, bo już poznałem życie od tej strony. Prowadziłem wiele rozmów, ale w każdym przypadku nie poszły ostatecznie w tym kierunku, w którym byśmy sobie życzyli. Zawsze pojawiały się pewne rozbieżności, ale od razu zaznaczam, że nie chodziło o kwestie finansowe. Dzieliło nas co innego.

- Kwestia podziału kompetencji? Podobno z tego powodu odrzucił pan kilka ofert.
- Powiem panu wprost: był temat trzech klubów Ekstraklasy. Dlaczego nic nie wyszło? Powody były różne. Za każdym razem chodziło o coś innego, ale tak jak mówiłem - nigdy o pieniądze. Jak widać rozpoczęcie rozmów w wielu przypadkach nie oznacza jeszcze zatrudnienia.

- Liczył pan, ilu było na pana chętnych? Żaden polski trener nie był tego lata częściej gdzieś przymierzany niż pan.

- Sporo tego było, to prawda. Były też dwie oferty z I ligi. Uznałem wtedy, że raczej nie chcę wracać na tamten poziom. Teraz, im dłużej siedzę w domu, tym jest mi trudniej, bo lubię pracować, to moja pasja i to mnie nakręca. Gdybym wiedział, że będę musiał tyle czekać, może bym się wtedy zdecydował na I ligę. Wówczas jednak założenie było inne, choć w jednym przypadku podjąłem rozmowy i kto wie, jak by się to potoczyło, gdyby zgodzono się, żebym przyszedł razem z moim asystentem. Na drugiego trenera była zgoda, na asystenta nie. Moje stanowisko było jasne: albo przychodzimy we trójkę, albo wcale. Wyszło, że musieliśmy się pożegnać. Niedawno odezwał się drugi pierwszoligowiec, ale uznaliśmy, że skoro czekaliśmy już tak długo na Ekstraklasę, to warto jeszcze trochę poczekać.

- A dlaczego nie poszedł pan do białoruskiego Dinama Brześć? Podobno było bardzo blisko?
- Cóż, zderzenie z tamtejszą rzeczywistością. Nie zamierzałem ryzykować i podejmować pracy w sytuacji, gdy musiałbym się zgodzić na rzeczy, na które nigdy bym się nie zgodził w żadnych okolicznościach.

- Od początku byłem zdziwiony, że pan w ogóle podjął ten temat. W Polsce odmawiał pan ze względu na potrzebę niezależności, a tam trener ma ograniczone pole manewru, obecni właściciele grozili odejściem…
- Niekoniecznie chodziło o niezależność, bardziej o jasno określone reguły. Lubię, gdy już od samego początku konkretnie określa się cele i obowiązki. Wtedy zdecydowanie łatwiej się pracuje. Kiedy zaczynaliśmy rozmowy, Dinamo miało w perspektywie rywalizację w europejskich pucharach, co kusiło mnie najbardziej. Gdy jednak zespół odpadł po dwumeczu z austriackim Altach, oferta nie była już tak atrakcyjna i nie zdecydowałem się na nią.

- Miał pan inne warianty zagraniczne? Razem z Michałem Probierzem łączono pana z klubami 2. Bundesligi.
- Coś słyszałem, że byłaby taka możliwość, ale ze mną nikt nie rozmawiał. Pojawiło się jeszcze zainteresowanie ze strony kilku mniej renomowanych klubów greckich, jednak nawet nie podejmowałem tematu. Odmawiałem od razu. Wiem doskonale, co tam się dzieje.

- Jak to mawiał trener Probierz, zapłata w „boskiej walucie”, czyli Bóg zapłać.
- Dokładnie. Nie jest tajemnicą, że tak naprawdę tylko kilka najlepszych klubów greckich ma poukładane finanse, a reszta to trochę taki dziki zachód.

Podsumowując wątek: gdybym się uparł, z każdym klubem, z którym rozmawiałem mógłbym podpisać kontrakt. Wystarczało się zgadzać na wszystkie rzeczy i ewentualnie potem działać wbrew tym ustaleniom. Jak tak nie potrafię. Wszędzie, gdzie do tej pory pracowałem, raczej jestem mile wspominany i nie paliłem za sobą mostów. Nie widzę powodu, żeby się zmieniać.



- Stara się pan pokazywać na ligowych stadionach?

- Jest więcej czasu, żeby porobić trochę porządków w domu i wokoło. Do tej pory byłem na dwóch ligowych spotkaniach, może teraz też się gdzieś wybiorę. Cały czas jestem na bieżąco z naszą piłką, staram się nie wypaść z obiegu. Zobaczymy, cierpliwie czekam na ofertę z Ekstraklasy.

- Rana po Koronie się zabliźniła? Z jednej strony odchodził pan z klubu wygrany jak mało kto w polskiej piłce, ale z drugiej po prostu kopnięto pana w tyłek…
- Myślę, że nowy właściciel od początku był nastawiony na zmiany i w Koronie jeszcze trochę tych zmian będzie. Prezesowi Krzysztofowi Zającowi jednak nawet podziękowałem za to, że potrafił w końcu otwarcie prosto w oczy powiedzieć, jak ma to wyglądać. Dość długo nie wiedziałem, na czym stoję. Gdyby nie zmieniono właściciela, to po wejściu do grupy mistrzowskiej siadałbym za biurko z prezesem Markiem Paprockim i ustalał szczegóły nowego kontraktu. Gdy jednak przyszedł Dieter Burdenski, nie otrzymywałem żadnych sygnałów, mecze powoli się kończyły i wreszcie samemu doprowadziłem do rozmowy, z której dowiedziałem się, że w dalszych planach nie jestem uwzględniony, bo koncepcja jest zupełnie inna. Na pewno patrząc dziś na grę Korony z jednej strony bardzo się cieszę, że kontynuowana jest moja praca – czego chyba zresztą Gino Lettieri nie ukrywał. Zobaczymy, jak długo będzie to tak wyglądać. Kibicuję chłopakom, ale z drugiej strony człowieka trochę ściska, bo w ciągu ośmiu miesięcy budowaliśmy wszystko niemal od początku, zupełnie zmieniliśmy filozofię gry i funkcjonowania drużyny. Mam satysfakcję, że wielu piłkarzy z każdą kolejką prezentowało się coraz lepiej – jak chociażby Bartosz Rymaniak, który teraz już wręcz eksplodował z formą. Sprawdza się dwójka środkowych pomocników, na którą w grupie finałowej zdecydowanie postawiłem, czyli Mateusz Możdżeń i Jakub Żubrowski. Aż dziw bierze, że ten ostatni tak późno trafił do Ekstraklasy. Gdy padło jego nazwisko ze strony prezesa Paprockiego, nie miałem większych wątpliwości, bo znałem Żubrowskiego z boisk pierwszoligowych. Zimą w okresie przygotowawczym na tle Możdżenia i Jakuba Mrozika prezentował się najsłabiej, ale jak przyszły mecze o stawkę i wszedł do składu, okazał się strzałem w dziesiątkę. Trzymam kciuki za dalszy rozwój.

- Byłoby dużo mniej zamieszania z pana odejściem, gdyby Dieter Burdenski przyznał wprost, że chce wziąć swoich ludzi, a nie szukał wydumanych argumentów, że awans do ósemki szczęśliwy, że ta drużyna już się nie rozwinie i więcej nie osiągnie. A wszystko to przy historycznym piątym miejscu…
- No chyba trochę nie wiedzieli, jak to przedstawić opinii publicznej. Szczerze mówiąc, nawet nie doceniono tego piątego miejsca. Chwilami wręcz czułem, jakbym takim wynikiem zrobił krzywdę drużynie. Nie chcę jednak tego rozdrapywać. Czuję satysfakcję, że tamta Korona była Koroną z krwi i kości, zespołem, który w grupie mistrzowskiej pokazywał charakter i potrafił przełożyć na boisko moją filozofię gry. Wcześniej udało się to też w Chojniczance i sądzę, że w następnych klubach będzie podobnie. Moje drużyny mają charakteryzować się nie tylko ambicją i walką, ale również bardzo ładnymi, składnymi akcjami możliwie najczęściej kończącymi się strzałami na bramkę. Po prosu grą w piłkę, to jest najważniejsze.

- Paradoksalnie chyba właśnie taka forma rozstania z Koroną sprawiła, że niejako w ramach solidarności został pan wybrany przez środowisko trenerem roku w Ekstraklasie. W normalnych okolicznościach zapewne wygrałby Jacek Magiera lub Michał Probierz.
- Nie ukrywam, że to wyróżnienie było bardzo miłe, zwłaszcza że najwięcej głosów mieli piłkarze. Oznacza to, że przestawienie się z futbolu defensywnego na futbol na „tak” im się podobało i dobrze się czuli w takich realiach. Jak była ciężka praca, to nikt nie narzekał, każdy oddawał serducho na boisku i przy okazji miał radość z gry w piłkę. Najwyraźniej zyskało to pozytywny oddźwięk w środowisku. Nie wykluczam, że okoliczności mojego odejścia też miały jakieś znaczenie i parę procent do mojej kandydatury dołożyły, ale ile? Tego już nie jestem w stanie określić.

                                                                        rozmawiał Przemysław Michalak
 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się