Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

ŁKS uderza, ale nie strzela. Skuteczność największą bolączką łodzian

Autor: Maciej Golec
2019-08-16 18:00:54

Skutki efektownej gry w Ekstraklasie mogą być skrajnie różne. Z jednej strony choćby Piast Gliwice, który zdobył w poprzednim sezonie mistrzostwo Polski prezentując ładną dla oka piłkę i z drugiej Lechia, która, gdy już próbowała przestawić się z pragmatycznego stylu na widowiskowy futbol, zazwyczaj efekt był odwrotny od zamierzonego – brak punktów. Wydaje się, że dzisiejszy ŁKS jest bliższy właśnie temu drugiemu przypadkowi.

Mimo że podopieczni Kazimierza Moskala to prawdopodobnie jedyna drużyna, na której każdy mecz w tym sezonie patrzyło się z przyjemnością, to tabela wcale tego nie powie. ŁKS balansuje na krawędzi strefy spadkowej i dzisiejsze spotkanie z Wisłą Kraków może przyczynić się do tego, że łodzianie po 5. kolejce zajmą miejsce Rakowa Częstochowa i spadną na 14. pozycję – w tym sezonie już nie gwarantującą bezpieczeństwa. 

Można się drapać po głowie i szukać wytłumaczenia analizując każdy mecz po kolei, ale i tak dojdziemy do podobnych wniosków. Łodzianom może brakować napastnika. Ale oprócz tego, patrząc na całość, na pewno brakuje im skuteczności. Widoczne to było już w pierwszym spotkaniu. Gdy Żarko Udoviciciowi odcięło prąd, ŁKS miał szansę rozstrzygnąć to spotkanie na swoją korzyść. 26 strzałów, w tym siedem celnych nie przyniosło jednak żadnej bramki. Z kolei w ostatnim meczu z Piastem, już grając 11 na 11 przez cały mecz, 22 razy uderzali na bramkę Placha, w tym raz z rzutu karnego, a skończyło się na tym, że sami sobie wbili bramkę.

Jak tak popatrzymy na statystyki, to zobaczymy, że w każdym meczu ełkaesiacy oddawali więcej strzałów od rywala. W każdym oprócz tego jedynego zwycięskiego z Cracovią. Tylko wtedy zeszli poniżej granicy 20 uderzeń, a mimo to wypunktowali drużynę Michała Probierza i wcale nie byli od niej słabsi. Ponownie bardzo istotny był błysk Daniego Ramireza, który popisał się kapitalną asystą przy trafieniu napastnika ŁKS-u – Łukasza Sekulskiego

Była to pierwsza, a zarazem i ostatnia akcja w takiej konfiguracji w obecnym sezonie. Więcej bramek napastnicy ŁKS-u już nie strzelali, co może być w jakimś stopniu powodem do niepokoju. To, co działało w Fortuna I Lidze, niekoniecznie musi przynosić podobne skutki w Ekstraklasie. Łukasz Sekulski na antenie radia Weszło FM wypowiedział pod koniec lipca takie słowa: - Nie awansowaliśmy do Premier League, tylko do Ekstraklasy. Inni mówią, że chcą grać w piłkę, a my to robimy. I fakt, różnica między zapleczem a najwyższą klasą rozgrywkową w Polsce nie jest aż taką przepaścią. Ale z drugiej strony – jeśli tercet Kujawa, Ramirez, Bryła strzela w poprzednim sezonie w sumie 27 bramek, a teraz w czterech meczach, zamieniając Bryłę z Sekulskim, tylko jedną, to nie można powiedzieć, że różnicy w ogóle nie ma. 

Widać, że Kazimierz Moskal nie przechodzi obok tego obojętnie i wciąż szuka najlepszego rozwiązania w ataku. Pierwsze dwa spotkania to identyczny scenariusz – Sekulski gra od początku i w okolicach 65. minuty zmienia go Kujawa. Potem role się odwróciły i przez kolejne dwa mecze to 31-latek był pierwszym wyborem trenera. Wielkiej różnicy jednak nie było widać i to może właśnie być sygnał dla Krzysztofa Przytuły i całego pionu sportowego ŁKS-u. Zbagatelizowanie pozycji napastnika w letnim oknie transferowym wynikało raczej z przekonania o silnym obsadzeniu tej pozycji – w sumie 16 goli Kujawy i Sekulskiego na tle najlepszego strzelca sezonu z 12 trafieniami na koncie - Valērijsa Šabali, wyglądało naprawdę przyzwoicie. Na słowo „weryfikacja” jest jeszcze za wcześnie, bo w ubiegły sezon łodzianie też nie weszli z przytupem, ale na pewno powinno dać to trochę do myślenia. Tym bardziej, że Dani Ramirez i Pirulo, grający efektownie i odpowiadający za kreowanie gry, też mają swoje mankamenty. Czasami jeden zwód za dużo, kilka sekund dłużej przy piłce wystarczy, by zaprzepaścić dobrze zapowiadającą się akcję. A takich zachowań, szczególnie u Ramireza, można się ostatnio dopatrywać coraz więcej. 

Z jednej strony, trzy gole to wcale nie jest tak mizerny dorobek. Tylko sześć drużyn ma ich strzelonych więcej, a tyle samo oczek co łodzianie mają choćby: Lechia Gdańsk, Piast Gliwice, czy Legia Warszawa. Z drugiej jednak historia pokazuje, że nie mając stabilizacji z przodu i z tyłu trudno liczyć na dobry wynik. W ubiegłym sezonie u obu beniaminków tego zabrakło. Zagłębie Sosnowiec straciło na początku sezonu swojego najlepszego strzelca – Szymona Lewickiego (14 bramek w I lidze) i mimo że Sanogo i Udovicić byli godnym zastępstwem, to obrona sosnowiczan pozostawiała wieeele do życzenia. Inaczej to wyglądało w Miedzi. Tam ni z gruchy, ni z pietruchy wyskoczył Petteri Forsell, na zapleczu nie pokazujący niczego specjalnego. Jednak Fin nie miał wsparcia, sam musiał ciągnąć wózek z bramkami. Ani Mateusz Piątkowski ani Fabian Piasecki nie dawali tyle jakości co wcześniej, a na dodatek Marquitos, jeden ze skuteczniejszych piłkarzy Miedzi długo pauzował przez kontuzję i wszystko się posypało. W tym utrzymanie.

Na drugim biegunie przykłady Zagłębia Lubin i Górnika Zabrze. Marcin Brosz miał u siebie wielkiego Angulo, który w sezonie 2017/18 nie tyle co dorównał swojemu dorobkowi z I ligi (17 goli), a nawet go przebił. Jego 22 bramki plus solidna pomoc Damiana Kądziora (10 trafień) w dużym stopniu przyczyniły się do wywalczenia europejskich pucharów. Kilka lat wcześniej do Ekstraklasy wróciło Zagłębie Lubin. U nich z kolei pozytywne efekty dało utrzymanie składu i pójście, zamiast w skuteczną jednostkę, to w skuteczny kolektyw. W sezonie 2015/16 czterej najskuteczniejsi gracze lubinian to również bramkostrzelni i podstawowi piłkarze zespołu, który sezon wcześniej wywalczył awans. Papadopulos, Piątek, Woźniak i Janoszka. 

Połączenie tych dwóch ostatnich historii w jedną, czyli gra Polakami i świetnym Hiszpanem oraz utrzymana, wyrównana i skuteczna pod bramką rywala kadra, powinny dać ŁKS-owi względny spokój i pozwolić na walkę o coś więcej niż tylko utrzymanie. Jak na razie brakuje jedynie skuteczności. Może, tak jak w I lidze, przyjdzie ona z czasem, jednak czekanie w nieskończoność jest ryzykowne i ruchy kadrowe mogą się okazać w tym przypadku nieuniknione. W końcu podzielenie losu przykładowej Miedzi Legnica nikogo w Łodzi by nie zadowoliło.  


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się