Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Wikipedia

Nie jest łatwo wyłowić dobrego Łotysza! Od Ossa po Rudnevsa, czyli najgorsi i najlepsi Łotysze w Ekstraklasie

Autor: Maciej Kanczak
2019-10-10 16:30:33

Gdy kibice w Polsce psioczą i narzekają nad poziom ligowych rozgrywek, dla Łotyszy nasza Ekstraklasa to idealne miejsce do promocji na arenie międzynarodowej. Nie każdemu jednak, tak jak Artjomsowi Rudnevsowi, udaje się dzięki grze nad Wisłą wyjechać na zachód. Wtedy pozostaje gra za godziwe pieniądze, przy niemałym zainteresowaniu kibiców, co też nie jest najgorszym rozwiązaniem. Stąd też od lat jednym z najczęściej obieranych kierunków emigracji łotewskich piłkarzy jest właśnie Polska.

Łącznie w lidze polskiej występowało 23 Łotyszy (aktualnie gra w niej tylko Pavels Steinbors). Na palcach jednej ręki można policzyć jednak graczy klasowych, którzy byli realnym wzmocnieniem klubów Ekstraklasy. Znacznie więcej było piłkarzy, którzy zaraz po przyjeździe do Polski wygodnie rozsiedli się na ławce rezerwowych bądź trybunach.

Przy okazji czwartkowego meczu reprezentacji Polski z Łotwą w eliminacjach EURO 2020 sporządziliśmy ranking pięciu najgorszych i najlepszych piłkarzy, którzy biegali po polskich boiskach.

TOP 5 NAJGORSZYCH łotewskich piłkarzy w Ekstraklasie

5. Marcis Oss (Górnik Zabrze) - 2016, 9 meczów

Przerwę zimową w rozgrywkach 2015/2016 Górnik Zabrze spędził tuż nad strefą spadkową. Nic dziwnego zatem, że przy ul. Roosevelta w pierwszej kolejności myślano o wzmocnieniu defensywy, gdyż tacy obrońcy jak Adam Danch, Bartosz Kopacz czy Ołeksandr Szeweluchin jesienią nie należeli do najmocniejszych punktów 14-krotnych mistrzów Polski. Wybór zabrzańskich działaczy padł na rosłego (194 cm wzrostu) i doświadczonego (ponad 100 występów w lidze łotewskiej w barwach FK Jelgava) Marcisa Ossa.

Trochę czasu jednak upłynęło, nim Oss odnalazł się w polskiej rzeczywistości. W pierwszych ośmiu wiosennych kolejkach na murawie pojawił się tylko dwukrotnie. Gdy Górnik w dalszym ciągu tracił bramki i niebezpiecznie zbliżał się do I ligi, w końcu i dla łotewskiego stopera znalazło się miejsce w pierwszym składzie. Jan Żurek, który w marcu zastąpił na stanowisku trenera zabrzan Leszka Ojrzyńskiego, przez całą wiosnę w zasadzie nie mógł się zdecydować jakim grać systemem. Na przemian stosował ustawienie z trójką i piątką defensorów. W obu przypadkach zawsze znajdowało się jednak miejsce dla Ossa, który grał regularnie między 30. a 36. kolejką. Bytu w Ekstraklasie jego drużynie nie udało się jednak zachować.

Latem 2016 roku w Zabrzu, w związku ze spadkiem, miał miejsce prawdziwy exodus czołowych graczy. Liczono jednak, iż Oss pomoże Górnikowi w powrocie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Sęk w tym, że ten, wespół z Jose Kante, dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Nie wznowił treningów z zespołem, nie odpowiadał na klubowe telefony i pisma. Dopiero w lipcu przypomniał sobie o pracodawcy, wysyłając mu wniosek o rozwiązanie kontraktu.

 

 

4. Jurjis Zigajevs (Widzew Łódź) - 2011, 5 meczów

Dysponował znakomitą skutecznością, jak na pomocnika, w ciągu 1,5 roku strzelając dla FK Ventspils aż 24 gole w 46 meczach. A że po zakończeniu sezonu 2010 w Virsliga (na Łotwie gra się systemem wiosna-jesień) był wolnym zawodnikiem, władze Widzewa postanowiły ściągnąć go bez wahania.

Przy Piłsudskiego skrzydłowy nigdy jednak w pełni nie mógł pokazać swoich możliwości. Cały półtoraroczny pobyt w Łodzi upłynął mu pod znakiem problemów zdrowotnych, które sprawiły, że w rundzie wiosennej sezonu 2010/2011 tylko trzykrotnie pojawił się na, zaś w kampanii 2011/2012 zaledwie dwukrotnie.

Latem wrócił na Łotwę i gdy uporał się z kontuzjami, znów zaczął regularnie grać w FK Ventspils, choć już bez tak oszałamiających efektów bramkowych.

3. Arturs Karasausks (Piast Gliwice) - 2016, 2 mecze

W ojczyźnie błyszczał w barwach Skonto Ryga, co zaowocowało wypożyczeniem do tak uznanych na wschodzie Europy klubów jak Dnipro Dniepropietrowsk czy Rubin Kazań. Co prawda ani na Ukrainie, ani też w Rosji nie dane mu było zadebiutować w rozgrywkach ligowych, to jednak dobrze o jego umiejętnościach świadczył fakt, że takie zespoły w ogóle zwróciły na niego uwagę. Mający przed sezonem 2015/2016 nosa do transferów Piast Gliwice (Uros Korun, Martin Neszpor, Marcin Pietrowski czy Kamil Vacek) zdecydował się więc na próbę ściągnąć łotewskiego napastnika. W obliczu walki o mistrzostwo Polski, każda para rąk i nóg była potrzebna, nawet jeżeli w ataku gliwiczan panowała wówczas zacięta rywalizacja o miejsce w składzie (Josip Barisić, Gerard Badia, Neszpor czy ściągnięty również zimą Maciej Jankowski). 

– Kiedy się dowiedziałem o ofercie z Piasta nie namyślałem się długo. Ze swojej strony mogę obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy, aby Piast sięgnął po tytuł mistrzowski – zapowiadał zaraz po przyjeździe do Gliwic. Wiosną w Ekstraklasie zaliczył jednak jedynie dwa krótkie występy (pięć minut z Wisłą Kraków i 14 minut z Zagłębiem Lubin). Umowę rozwiązano z nim już w kwietniu, podczas gdy ta traciła ważność z dniem 30 czerwca, zaś sezon 2015/2016 kończył się dopiero w połowie maja.

2. Vladimirs Kamess (Pogoń Szczecin) - 2015, 6 meczów

Z Kamessem w Szczecinie wiązano spore nadzieje. Ostatnie dwa lata przed transferem spędził w Amkarze Perm (choć nie grał regularnie), z powodzeniem mógł występować zarówno na skrzydłach, jak i w środku ataku. Dla zespołu, który wiosną miał walczyć o miejsce w czołowej ósemce Ekstraklasy, wydawał się idealnym wzmocnieniem. – Uważam, że jest to piłkarz, który może nam pomóc – mówił po zimowym obozie w Pogorzelicy trener szczecinian, Jan Kocian, od inauguracyjnej kolejki wiosennej stawiając na nowego podopiecznego.

Portowcy nie wygrali jednak żadnego z trzech pierwszych spotkań w 2015 roku, a Kamess nie błyszczał. – Na treningach prezentuje się dużo lepiej. Wymagam od niego więcej. Jest nie tylko szybki, ale potrafi też grać kombinacyjnie. W meczu z Lechem tego mu wyraźnie zabrakło – ocenił jego debiut w granatowo-bordowych barwach słowacki szkoleniowiec. Wspomniane trzy mało okazałe występy sprawiły, że później Kocian z jego usług korzystał już od święta. Pogoń ostatecznie znalazła się w grupie mistrzowskiej, ale wkład Łotysza w ten sukces był nieznaczny. Wystąpił później jeszcze w trzech spotkaniach, ale w każdym spisał się podobnie jak na początku rundy wiosennej. Gdy latem opuszczał Szczecin, nikt specjalnie za nim nie płakał, ani nie tęsknił.

Obie druzyny w meczu Łotwa vs Polska strzelą gola? Tak - 2.96; Nie - 1.40

1. Jurijs Hudjakovs (Zagłębie Lubin, Sokół Tychy) - 1996, 4 mecze

Był pierwszym Łotyszem w polskiej Ekstraklasie, ale po jego przygodzie w Zagłębiu Lubin trudno nazwać go ambasadorem łotewskiego futbolu nad Wisłą. Zwłaszcza, że po jego krótkim epizodzie przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej musiało minąć długich pięć lat, nim kolejny jego rodak pojawił się w lidze polskiej.

Trudno też określić, czym kierowało się Zagłębie ściągając do siebie Hudjakovsa. Skutecznością bowiem w tamtym czasie nie błyszczał (dla II-ligowego rosyjskiego Nieftiechimik Niżniekamsk w latach 1994-1996 zdobył pięć bramek), młodym i obiecującym graczem też już nie był (liczył sobie w momencie transferu 26 lat). W miedziano-biało-zielonych barwach jesienią rozegrał zaledwie cztery spotkania.

Mimo słabego bilansu i tak w Polsce znalazł się jeszcze inny chętny na jego usługi! Zimą zgłosił się po niego Sokół Tychy, pazurami wówczas trzymający się za Ekstraklasy brzeg. Tyszanie jednak ze względu na problemy finansowe sezon 1996/1997 zakończyli już po 26. kolejkach. Hudjakovs zaś w ogóle nie doczekał się debiutu w tym zespole.

TOP 5 NAJLEPSZYCH łotewskich piłkarzy w Ekstraklasie

5. Vladislavs Gutkovskis (Bruk Beta Termalika Nieciecza) - 2016-?, 58 meczów - 11 goli

W Polsce od wiosny 2016 roku, w rundzie jesiennej sezonu 2016/2017 mocniej zaakcentował swoją obecność w Ekstraklasie, w 16 meczach strzelając 6 goli. Był jednym z liderów Bruk-Betu, który postanowił solidnie namieszać w ligowej czołówce. Rok kalendarzowy Słonie zakończyły bowiem na piątym miejscu w tabeli, wcześniej jednak przez sześć kolejek, nie opuszczając podium. Wiosną, gdy Gutkovskis spuścił z tonu (2 trafienia w 15 występach), słabiej prezentowali się i pomarańczowo-żółto-niebiescy. Najpierw z wielkim trudem awansowali do grupy mistrzowskiej, a w niej pokazali już iście wakacyjną formę, przegrywając w aż 5 meczach. Niemniej z dorobku w pierwszym pełnym sezonie w Ekstraklasie Gutkovskis mógł być względnie zadowolony.

W kolejnych rozgrywkach zespół z gminy Żabno zmuszony przełykał gorycz degradacji. Do Gutkovskisa nie można było jednak kierować z tego tytułu większych żali i pretensji. Od października do marca był bowiem kontuzjowany, zaś gdy wrócił do gry, w 11 meczach zdobył 3 bramki. Może gdyby nie zdrowotne perypetie Łotysza Słonie by nie spadły? Dziś można już tylko gdybać. W każdym razie na boiskach I ligi, łotewski atakujący znów udowadnia, że jak na polskie warunki jest niezłym zawodnikiem. W rozgrywkach 2018/2019 9 razy wpisywał się na listę strzelców, ale ze względu na słaby początek sezonu Bruk-Bet szybko stracił szansę na powrót do Ekstraklasy. W bieżącej kampanii ma na koncie 4 bramki, lecz drużynie z Niecieczy znów bliżej do strefy spadkowej, aniżeli miejsc gwarantujących choćby baraże.

Latem wiele mówiło się o jego transferze do Lechii Gdańsk, aczkolwiek ostatecznie piłkarz pozostał w powiecie tarnowskim. Niewykluczone jednak, że zimą biało-zieloni (albo ktoś inny) ponowią zapytania o jego kartę zawodniczą. Na I ligę bowiem Gutkovskis jest chyba nieco za dobry.

W której połowie meczu Łotwa vs Polska padnie więcej goli? 1 - 2.90; 2 - 1.98; równo - 3.85

4. Eduards Visnakovs (Widzew Łódź, Ruch Chorzów) - 2013-2015, 69 meczów - 18 goli

Na polskich boiskach kibice oglądali w zasadzie dwóch Eduardsów Visnakovsów. Pierwszy, mimo że reprezentował barwy bezskutecznie broniącego się przed spadkiem Widzewa Łódź, był w stanie dla łódzkiego klubu w sezonie 2013/2014 strzelić 12 goli, co stanowiło 1/3 dorobku czerwono-biało-czerwonych w tamtych rozgrywkach. Dobrą postawą przy al. Piłsudskiego zapracował sobie na transfer do brązowych medalistów Ekstraklasy, a więc Ruchu Chorzów.

Przy Cichej objawił nam się jednak drugi Visnakovs. Schowany za plecami obrońców, zagubiony i strzelający od święta. W Ruchu spędził w sumie dwa sezony, w każdym z nich zdobywając po trzy bramki. Niepowodzenie w rozgrywkach 2014/2015 tłumaczono tym, że późno dołączył do zespołu, nie przepracowując z nim solidnie okresu przygotowawczego. Klasę miał pokazać zatem w kampanii 2015/2016. – Visnakovs ma już w nogach dwa pełne obozy przygotowawcze, które przepracował z Ruchem. Letni, ale przede wszystkim ten zimowy, dłuższy i ważniejszy, gdy buduje się formę na cały rok. To na pewno procentuje – zapowiadał Waldemar Fornalik. I tak też faktycznie się stało – w pierwszych sześciu kolejkach, Visnakovs trzykrotnie wpisywał się na listę strzelców. Waldek King nie miał jednak długo pożytku z reaktywowanego Łotysza, gdyż ten, tuż przed zamknięciem letniego okna transferowego, przeniósł się do KVC Westerlo.

3. Deniss Rakels (Zagłębie Lubin, Cracovia, Lech Poznań) - 2011-2015; 2017-2018, 93 mecze - 27 goli

Śmiało można powiedzieć, że na lidze polskiej zjadł zęby. Wśród swoich rodaków reprezentował największą liczbę klubów Ekstraklasy (trzy). Poza tym 1,5 sezonu spędził również w I-ligowym GKS-ie Katowice. Niestety tylko w Cracovii wspominają miło Rakelsa. W Zagłębiu i Lechu poza tym, że był, niczym innym się nie wyróżnił.

Swój szlak śladami polskich klubów zaczął w Lubinie, do którego trafił po owocnych w gole (27) dwóch latach spędzonych w Liepajasie Metalurgs. W barwach Miedziowych wiosną 2011 roku rozegrał jednak tylko cztery spotkania, zatem uznano, że dobrze byłoby, aby w I lidze nieco lepiej poznał specyfikę polskiej piłki. Nie wydawał się to zły pomysł, gdyż na wypożyczeniu w GKS Katowice Rakels spisywał się znakomicie (47 meczów i 16 goli). Po powrocie do Lubina wróciły jednak demony niemocy (5 gier w rundzie jesiennej sezonu 2013/2014). Mimo to znalazł zatrudnienie w Cracovii. Ta co prawda musiała czekać 6 miesięcy na przełamanie ekscentrycznego atakującego, ale w tym przypadku cierpliwość popłaciła. Z zespołu broniącego się przed spadkiem w sezonie 2014/2015 w kolejnym Pasy stały się jednym z kandydatów do gry w europejskich pucharach. W głównej mierze dzięki znakomitej skuteczności łotewskiego napastnika. W eliminacjach Ligi Europy krakowianie radzili sobie już jednak bez Rakelsa, który od zimy 2016 grał w The Championship w barwach Reading FC. Problemy zdrowotne sprawiły, że na zapleczu Premier League nie zrobił kariery.

Wrócił więc do dobrze sobie znanej Polski, ale i tu nie dawał rady. W rundzie jesiennej rozgrywek 2017/2018 bezskutecznie próbował zostać gwiazdą Lecha (11 meczów), zaś wiosną nie odgrywał też już pierwszoplanowej roli w Cracovii (12 spotkań i jeden gol).

2. Pavels Steinbors (Gónik Zabrze, Arka Gdynia) - 2013-2015; 2016-? 148 meczów

Absolutny rekordzista wśród łotewskich piłkarzy w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie. Mając na uwadze, że kolejni na liście gracze nie biegają już po polskich boiskach (Igors Tarasovs i Deniss Rakels), śmiało można zakładać, że ów wynik długo pozostanie niepobity. Tym bardziej, że Steinbors cały czas go śrubuje.

W Arce to już prawdziwa legenda. Trzy lata występów wystarczyły 34-latkowi, by znaleźć się jedenastce 90-lecia gdyńskiego klubu. Do ostatnich sukcesów żółto-niebieskich, a więc Pucharu Polski (2017) i dwóch Superpucharów (2017, 2018) nie dołożył cegiełki, a ogromną cegłę. Droga do gwiazd nie była jednak usłana różami. Gdy pojawił się w przy ul. Olimpijskiej latem 2016 roku, długo musiał znosić rolę dublera Konrada Jałochy. Wypożyczony z Legii Warszawa bramkarz puszczał mnóstwo goli, często również popełniał błędy. Problem w tym, że i Steinbors zawodził, gdy dostawał nieliczne szanse. Od finału Pucharu Polski z Lechem Poznań, gdy wspaniałymi interwencjami przyczynił się do triumfu na PGE Narodowym, stał się bezapelacyjnym numerem jeden w gdyńskiej bramce. Od 2 maja 2017 roku nie opuścił żadnego meczu ligowego. Na ławce rezerwowych zdarzało mu się siadać jedynie w Pucharze Polski.

Pierwsze kroki na boiskach Ekstraklasy stawiał jednak w Górniku Zabrze, w którym występował w latach 2013-2015. Choć zazwyczaj wygrywał rywalizację o miejsce w bramce z Grzegorzem Kasprzikiem (54 mecze na 74 możliwe w Ekstraklasie), to jednak nie dorobił się wśród kibiców przy ul. Roosevelta takiego statusu, jaki ma obecnie w Gdyni.

1. Artjoms Rudnevs (Lech Poznań) - 2010-2012, 56 meczów - 33 gole

Na ekstraklasowej trampolinie odbił się na tyle mocno, że po dwóch latach występów w lidze polskiej, zawędrował aż do Bundesligi. Do Poznania przybył, aby wypełnić lukę po samym Robercie Lewandowskim. I choć zdawało się to misją niemożliwą, Łotysz od pierwszych dni przy ul. Bułgarskiej zamiast narzekać na ciężar zadania, ostro wziął się do roboty. W lidze polskiej na listę strzelców wpisał się już w debiucie. Łącznie w sezonie 2010/2011 w rozgrywkach ligowych czynił to jedenastokrotnie. Lewy co prawda w premierowej kampanii w Kolejorzu w Ekstraklasie uzyskał trzy bramki więcej, ale tak często jak Rudnevs nie strzelał w europejskich pucharach (dwa gole w Pucharze UEFA). Łotysz tymczasem na arenie międzynarodowej poczynał sobie bez kompleksów, trafiając do siatki Juventusu (4 gole w 2 meczach) i Bragi (1 gol) w spotkaniach Ligi Europy. Zabrakło mu tylko sukcesów z Lechem, który nie obronił mistrzostwa Polski (5. miejsce), przegrał również w finale Pucharu Polski z Legią.

Również w sezonie 2011/2012 Rudnevs nie doczekał się zespołowych laurów z poznaniakami. Trudno jednak go za to winić, bo robił co mógł, by do klubowej gabloty trafiły kolejne trofea. Z 22 golami na koncie został królem strzelców Ekstraklasy. Lewandowski w drugim sezonie w biało-niebieskich barwach również wygrał snajperską klasyfikację, ale zaliczył wówczas o cztery trafienia mniej. Licząc wszystkie rozgrywki, gwiazdor Bayernu Monachium dla Kolejorza strzelił 41 goli, podczas gdy Rudnevs 45. Aż do 2019 roku dzierżył miano najskuteczniejszego obcokrajowca w historii Lecha. Dopiero w miniony weekend w tym zestawieniu wyprzedził go Christian Gytkjaer.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się