Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Adam Starszynski / PressFocus

Słaba intensywność zajęć kluczem do europejskich wtop?

Autor: Maciej Golec
2020-12-21 19:36:41

Dlaczego polskie zespoły odpadają z europejskich pucharów? Bo polscy piłkarze za mało intensywnie trenują. Co jest największym wyzwaniem polskich trenerów? Żeby ich zmusić do intensywnego treningu. Taką tezę postawił w dzisiejszym „Przeglądzie Sportowym” Czesław Michniewicz.

 I w sumie to możemy się z nią zgodzić, tylko jesteśmy trochę zaskoczeni, że stawia ją właśnie trener. I to trener który prowadził w swojej karierze wiele drużyn, w tym reprezentację młodzieżową, a teraz mistrza Polski. Żeby nie było niedomówień, Michniewicz powiedział tak:

- Jedna rzecz, która się nie zmienia – i odczułem to na własnej skórze, grając z reprezentacją młodzieżową z mocnymi europejskimi zespołami – to, że za mało intensywnie trenujemy. Wyzwaniem szkoleniowców jest zmuszenie piłkarzy do większej intensywności zajęć. Początkowo może się to odbijać na wynikach, bo ktoś wyjdzie na mecz zmęczony, dlatego trenerzy tego unikają. Ale z tego powodu zawodnicy się nie rozwijają, ich weryfikacja następuje potem w Europie, z której polskie zespoły szybko odpadają.

Nie postrzegalibyśmy jednak tego jako samokrytyki. Mówi co prawda, że wyzwaniem szkoleniowców jest zmuszenie piłkarzy do intensywnego treningu i samemu przyznaje, że ten problem dosięgnął też jego kadrę, ale jedną rzecz trzeba zaznaczyć – układanie planu treningowego nie należy zazwyczaj do opiekuna reprezentacji, zwłaszcza, gdy ten ma tylko kilka dni zgrupowania. A przed ważnym turniejem taka taktyka może okazać się zabójcza, bo nie można przecież, tak jak w lidze, poczekać sobie kilka kolejek aż przyjdą efekty. 

Ale zakładając, że teza Michniewicza jest prawdziwa, to wyłania się wówczas dość przykry obraz polskiej piłki. Czy naprawdę do pokonania Spartaka Trnavy, Dudelange, FC Rygi i innych potęg europejskiego futbolu potrzebujemy tego mitycznego „zapierdalania”, jak to mówił poprzednik Czesława Michniewicza właśnie? Jeśli tak, to chyba taka diagnoza jeszcze gorzej świadczy o polskiej piłce niż poważny rozstrzał w intensywności treningów. Nie napisalibyśmy, że takie zespoły trzeba pokonać wracając prosto z urlopu, ale same umiejętności, doświadczenie pojedynczych zawodników, bardziej rozbudowany sztab i bądź co bądź lepsza infrastruktura powinny być w zupełności wystarczające do mijania takich przeszkód. A tu się okazuje, że problem tkwi (może nie głównie, ale tkwi) w braku rozwoju spowodowanym słabszą intensywnością treningów. 

Jeśli odbierzemy tę wypowiedź holistycznie, biorąc na tapet etos pracy, ma to sens. Gdy bowiem codziennie trenujesz ciężko, na pełnych obrotach, jesteś gotowy na regularną grę na wyższym poziomie (między innymi dzięki wydolności, sile fizycznej). Natomiast gdy dociskasz tylko w konkretnym momencie jedynie po to, by trafić na odpowiedni moment przed eliminacjami do europejskich pucarów, to nie dość, że nie masz pewności, że się uda, to jeszcze po kilku tygodniach będą wychodzić efekty uboczne. Przerabiamy to przecież rok w rok, z bardzo rzadkimi wyjątkami.

Dobrym przykładem, choć nieadekwatnym akurat do poziomu piłkarskiego, jest wypowiedź Juana Ramireza Dieza, trenera personalnego Arturo Vidala, którą zawarł w tekście Mateusz Święcicki na profilu 2AngryMen.

- Nie musisz wymyślać sobie dodatkowych bodźców zewnętrznych. Przyjeżdżasz na trening w Bayernie, a tam w szatni dwudziestu pięciu wytrenowanych gości o wielkim talencie i ego, przekonanych o swojej klasie, chorobliwie ambitnych i silnych nakręca się dzień po dniu. Żyjesz w zamkniętej bańce z nimi. Tworzycie elitę i nie ma w niej miejsca dla słabych. Jak się pojawiają to zostają brutalnie zweryfikowani. Nie chcesz być od nikogo gorszy. Środowisko cię napędza. Na tym poziomie już nie oszukasz, nie możesz się lenić. Tu jesteś na podglądzie dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Żeby trenować na najwyższych obrotach, trzeba mieć świadomość, że odstępstwo będzie oznaczało utratę pozycji. Dlatego tak ważna jest dyscyplina, w której wszyscy intensywnie pracują, a trener skreśla tych, którzy nie dorastają reszcie do pięt. Możemy przywołać tutaj owiane legendą treningi i obozy przygotowawcze ze Stanisławem Czerczesowem, które przyniosły skutek (mistrzostwo Polski), a rosyjski trener do tej pory jest chyba jednym z najcieplej wspominanych szkoleniowców Legii w ostatnich latach. 

O tym, jak bardzo jesteśmy w tyle może świadczyć z kolei relacja Piotra Parzyszka z Frosinone, czyli klubu Serie B. – W pierwszym tygodniu biegałem na treningach Frosinone więcej niż przez dwa lata na treningach w Gliwicach – powiedział „Przeglądowi Sportowemu” w październiku. I dalej mówi:

- Po normalnych zajęciach miałem indywidualne: najpierw przez 10 minut interwały na rowerku stacjonarnym, potem przez kwadrans interwały na bieżni, następnie godzina w siłowni, po niej jeszcze sprinty ze zmianą kierunku, sześć minut po 30 sekund. Na koniec tego maratonu o mały włos nie zemdlałem. Gdyby takie zajęcia miał zrobić jakikolwiek piłkarz Piasta, to czułby się dokładnie tak, jak ja. Jestem o tym przekonany. Są kompletnie inne niż te, które mieliśmy w Gliwicach (…) Kiedy porównam to, jak trenowaliśmy w Piaście i zajęcia tutaj, to naprawdę jest inny świat. W Gliwicach zajęcia biegowe są rzadkością, nie ma takiej intensywności.

Klubu Serie B – przypominamy. Nie żadna tam Bundesliga, czy LaLiga. Moglibyśmy przecież zarzucić tekstem, który powiedział Dawid Kownacki rok temu. O tutaj:

Ale akurat z takimi zespołami nie przechodzi i raczej nie przyjdzie nam walczyć w eliminacjach do europejskich pucharów, no, chyba że w grupie. Ba, nikt nie oczekuje od polskich klubów zwycięstwa z Lipskiem, Borussią Dortmund, czy Eintrachtem ani z klubami im podobnymi. Ale z Karabachem? Spartakiem Trnava? Sheriffem Tyraspol? 

Co rusz, jak pojawia się temat treningów, przypomina nam się klasyk klasyków, czyli wywiad z Bartłomiejem Pawłowskim w „Przeglądzie Sportowym”.

- Wstaję 7.10-7.15. Przygotowuję się do rozruchu. Biegam pół godziny. Trochę horrendalna pora, bo w Polsce o tej porze zazwyczaj śpię. Trudno się przestawić. Nie jest to zbyt przyjemne, ale taką mamy pracę – mówił. - Po śniadaniu zaliczam obowiązkową drzemkę. Mniej więcej godzinną. Jestem tak wypruty po tym wczesnym wstawaniu, że nie za bardzo ogarniam, co się dzieje i muszę się położyć. Komuś może się wydawać, że półgodzinny bieg to mało, a prawda jest taka, że biegnąc swoim tempem, można się zmęczyć. Cały czas trenuję indywidualnie. Trochę to monotonne. No ale swoją pracę muszę zaliczyć.

Czy w polskich klubach przyjąłby się kult pracy? Jesteśmy bardzo ciekawi, jak to się sprawdzi w kontekście Petera Hyballi w najbliższych miesiącach, który mówi otwarcie, że chce z piłkarzy Wisły Kraków zrobić maszynę do pressingu. Ale po doniesieniach „Gazety Krakowskiej” o tym, że w drużynie są tacy zawodnicy, których „lekko przeraziła intensywność zajęć i którzy już teraz poważnie zastanawiają się, czy zimą nie poszukać innego klubu” nie oczekujemy zbyt wiele. Może jedynie tego, że po zmuszeniu do większej intensywności, tak jak to mówi Michniewicz, nastąpi selekcja naturalna, a sam trener Legii będzie przykładem.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się